Trattoria Ritorno - nowa w³oska restauracja na Kazimierzu
RestauracjeRecenzjeAktualnościRabatyKonkursy
Szukaj restauracji w Warszawie:

Małe smacznego początki (Mała Gruzja)

Restauracja: Mała Gruzja

(25.09.2011) Umiarkowany rachunek dopełnił tej bardzo miłej i smakowitej ekspedycji kulinarnej, którą z chęcią kiedyś powtórzę.


Przyznam szczerze, choć zwolenników mi to zapewne nie przysporzy, że za Warszawą nie przepadam. Jako rodowity Krakus mogę wręcz powiedzieć, że jej nie lubię. Jest brzydka, głośna, tłoczna i bezduszna. Jest wszystkim tym, czym Kraków nie jest i mam nadzieję, nigdy nie będzie. W sumie cieszyć się zaczynam, że stolica przeniesiona została, bo pewnie dziś Kraków-stolica byłby bardziej podobny do obecnej Warszawy.

Jednak mimo całej mojej niechęci i oporów, w Stolicy bywać czasami muszę, a kiedy już tak się dzieje, to zawsze staram się poznawać to, czego jako jednej z niewielu rzeczy, Warszawie zazdroszczę - jej restauracje. Nie chodzi nawet o poziom, bo ten nie spieszno mi porównywać, ale o ich różnorodność. W Krakowie mamy restauracje polskie oraz włoskie, a pomiędzy bardzo niewiele, podczas gdy w Warszawie znaleźć można kuchnię z niemal każdego zakątka świata, dlatego też, za każdym razem, gdy tam jestem, wybieram restaurację serwującą kuchnię, której w moim rodzinnym mieście próżno szukać, lub której znaleźć można tylko żałosne parodie.

Dajmy na to kuchnia bałkańska, która wobec coraz częstszych Polaków wycieczek do Chorwacji, Serbii czy Bułgarii, powinna mieć choćby znikomą reprezentację, a nie ma. Kuchnia gruzińska z kolei jest, ale jakoby jej nie było, bo przez lata przekształciła się w będącą na bakier z jakością i smakiem, sieciówkę. I właśnie dlatego będąc ostatnim razem w Warszawie, postanowiłem udać się do restauracji Mała Gruzja, która specjalizuje się w obu wyżej wymienionych kuchniach, a której menu zapowiadało się nader interesująco.

Na szczęście nawet nie znając Stolicy, restaurację udało mi się odnaleźć bez trudu, a ta, o dziwo, mieściła się w piwnicy, a może raczej przyziemiu, w każdym razie poniżej poziomu chodnika, co choć w Krakowie jest na porządku dziennym, to w Warszawie mam wrażenie, nie zdarza się zbyt często. Mimo to, a może właśnie dzięki temu, wnętrze okazało się bardzo przytulne, a niewielkie jego gabaryty jeszcze potęgowały to wrażenie. Żadnych problemów nie nastręczałoby też przyporządkowanie tego lokalu do konkretnej nacji, głównie ze względu na gruzińskie flagi, które, na szczęście nie nachalne, ale widoczne tu i tam były. Autentycznie gruzińskim wydawało się też menu, w którym odnalazłem potrawy, których dotąd nigdzie indziej nie widziałem, a które zapowiadały się bardzo ciekawie.

Niestety intrygujące menu sprawiło, że miałem nie lada dylemat, gdy przyszło do wyboru dania. Ślinka ciekłą mi na myśl o Bakłażanie zapiekanym wędzonym serem w sosie miętowo-pomidorowym, ślinotoku dostawałem rozmyślając o Charszo (cielęcinie w sosie orzechowym z ziołami). Smakowicie zapowiadało się też Kufte (to już kuchnia bułgarska), czyli mięso jagnięco-wołowe zawinięte w boczek i podane z sosami lutenica i tzatziki. Milutka kelnerka mocno z kolei lobbowowała za Chiankali, czyli gruzińskimi pierożkami z mięsem, jednak ja wybrałem jeszcze coś innego, a mianowicie Chaqapuli, czyli w języku naszych przodków duszoną jagnięcinę w białym winie z mirabelkami podawaną z ryżem oraz, jak się dopytałem, dużą ilością kolendry.

Mój "nos" mnie nie zawiódł, bo i danie stanęło na wysokości zadania i spełniło pokładane w nim nadzieje. Przede wszystkim było to coś zupełnie innego niż do tej pory jadłem, a do tego było to bardzo dobre. Mięso dusiło się w sosie dostatecznie długo, by stać się miękkim, niemal rozpływającym się w ustach. Z kolei sos, sam z siebie subtelny i delikatny, choć swojej wyraźnej nuty smakowej nie pozbawiony, bardzo zyskał na obecności świeżej kolendry, której było naprawdę sporo. Do tego poprawnie przygotowany ryż i w ten oto sposób powstał przepis na bardzo smakowity i oryginalny posiłek, na który, co prawda, przyszło mi wydać czterdzieści parę złotych, ale ani przez moment tego nie żałowałem.

Mussaka, jak z przyjemnością zaraportowała moja towarzyszka, również była niczego sobie, choć jej niestety tym razem nie było dane mi spróbować (mussaki oczywiście). Była też ona znacznie tańsza, niż moja jagnięcina, co tylko potwierdziło, że na warszawskie standardy Mała Gruzja jest restauracją tańszą, niż droższą. I to właśnie umiarkowany rachunek dopełnił tej bardzo miłej i smakowitej ekspedycji kulinarnej, którą z chęcią kiedyś spróbuję powtórzyć, choć wiem, że moje poznawanie wszystkich gastronomicznych perełek Stolicy dopiero się rozpoczęło.

Podziel siÄ™ ze znajomymi:
Umieść na Facebooku!Dodaj zakładkę w Google!Podziel się na Gronie!Wykop tego newsa!Blipnij to!Dodaj do elefanta!Twittuj o tym!Ustaw jako opis w Gadu-Gadu! (od wersji 8.0)

Dołącz do nas na Facebooku:

Wojtek

Więcej na temat restauracji


Wpisz komentarz:
Podpis:
E-mail (nie pokazujemy go):
Przepisz wyrazy:
Autor: Wojtek

Twórczy, pełen sprzeczności, wesoły i czasami niepoważny. Najważniejsza jest dla mnie praca twórcza i myślenie koncepcyjne. A jedzenie... zawsze i wszędzie, słodko i ostro.

Dowiedz się więcej
 
Polecamy:
Popularne tagi:
restauracja, konkurs, tagliatelle, Presto, włoska, Jesienne_Smakowisko, trattoria, farfale, Five_Restaurant, makaron, spaghetti, gotowanie, fooding, Ganesh, Smakowisko, Pałac_w_Paszkówce, pizzeria, Haloween, penne, pizza
Copyright © 2008 Głębia Smaku   ::  Autorzy   O nas   Kontakt   Współpraca   Newsletter