
Kulinarny wodewil (Opera)Restauracja: Opera (09.07.2011) Opera niczym prawdziwy wodewil, bywa łatwa, lekka i przyjemna, szczególnie jak się zamawia Cheeseburgera. Są takie miejsca na ziemi, a całkiem sporo z nich w Krakowie, po których nie spodziewam się kulinarnej wzniosłości. Nie dlatego, sam jestem doń uprzedzony, nie dlatego, że przestrzegła mnie przed nimi osoba trzecia, ani też dlatego, że prezentują się one niezbyt zachęcająco. Jest tak po prostu dlatego, że pewne miejsca nie z myślą o jedzeniu powstawały. Miejscem takim od początku swej działalności (który miał w sumie miejsce całkiem niedawno) jawiła mi się Opera. W owym wyobrażeniu utwierdzało mnie podobieństwo Opery do mieszczącego się nieopodal Baroque'u, z którym moja pierwsza kulinarna przygoda zaraz po jego otwarciu (czyli lat temu przynajmniej dwa) była zdecydowanie nieudana. Tutaj wydawało mi się, że jest bardzo podobnie, zarówno pod względem wyglądu, czy może raczej stylu, jak i charakteru oraz przeznaczenia. Owszem, Opera, choć wciąż pozostając miejscem stylowym i z klasą, zdawała się nie opływać aż tak bardzo w designerską elegancję oraz przepych, i to właśnie ta ostatnia cecha sprawiła, że postanowiłem odwiedzić to miejsce, mimo że w mojej opinii nadawało się raczej do picia tam wymyślnych drinków, niż do oddawania się rozkoszom podniebienia. Skromne menu oraz niezbyt fascynujący jego skład zdawały się potwierdzać tę hipotezę, ale skoro już siedziałem, to tak łatwo odstraszyć się nie dałem. W ramach poznawania nowego terytorium postanowiłem przekonać się, jak pikantnie potrafi być w Operze, zamówiłem więc Pikantną zupę tajską z kurczakiem i mlekiem kokosowym - pozycję znaną coraz szerzej, a jednocześnie trudną do zepsucia. Faktycznie okazała się być dość pikantną, choć w tym aspekcie z pewnością "tajską" bym jej nie nazwał, bo jej oddziaływanie było raczej delikatnym smyraniem, niż potężnym kopem. Na plus poczytać jej też należało różne pływające w niej farfocle, na minus natomiast małą zawartość kurczaka w owych farfoclach. Całokształt, choć zadowalający i przyzwoity, nie stanowiłby jednak wystarczającej motywacji, by do Opery powrócić na kolejny akt. Drugą z zup, której było dane mi spróbować był Krem pomidorowy z płatkami parmezanu. Niestety ponownie nie zostałem oczarowany, a Szef kuchni i z tej zupy nie uczynił swojej popisowej arii. Może dlatego, że zarówno "słowa", jak i "muzyka" tej kompozycji były doskonale znane. Pomidory czuć było owszem, intensywnie, odrobinę ziół także. Ale tego wszystkiego mogłem się spodziewać, a i odtworzenie zupy w warunkach domowych, nawet w ubogiej w ekstrawagancje kuchni nie nastręczałoby żadnego problemu. Jedynym co mogłoby ożywić smak był parmezan, ale jego płateczki były zbyt małe, by podołać zadaniu. Czuć go było jedynie po upolowaniu większego skupiska sera. Niestety polowania takie raz-dwa przetrzebiły jego populacje i uczyniły z niego gatunek najpierw zagrożony, a niedługo potem wymarły, a zupę bezpowrotnie pozbawiły charakteru. W ramach dania głównego pojawił się Opera cheeseburger z frytkami i sosem meksykańskim, choć teoretycznie był w propozycjach lunchowych, ale żadne z tytularnych dań głównych mnie nie zaciekawiło. Zresztą jak się później okazało była to decyzja bardzo szczęśliwa, bo o ile zupy, choć niezłe, to smakowych horyzontów nie poszerzały, o tyle cheeseburger był zadziwiająco dobry, acz prosty. Sekret kryć musiał się w mięsie, bo surowe pomidory, ogórki czy też czerwona cebula, choć oczywiście ważne, odpowiedzialność za całokształt miały niewielką. No i właśnie dzięki mięsu, bardzo dobrze doprawionemu i smakowicie grillowanemu burger zyskał charakter. Miłym dodatkiem był także sos - mam wrażenie, że kupny, mimo to smaczny. Na koniec pojawiła się Truskawkowa Panna Cotta, czyli kolejny po tiramisu, creme brulee i szarlotce z lodami, sztandarowy deser krakowskich restauracji, tym razem w sezonowym, owocowym wydaniu. Powiedzieć mogę o nim tyle, że był niezły, aczkolwiek, pomimo zachowania spójności, mam wrażenie, że szala jego konsystencji była przechylona nieco w stronie stanu płynnego. Poza tym większych zastrzeżeń mieć nie można, aczkolwiek i pochwalne peany byłyby przesadą, ot kolejny oklepany deser w całkiem niezłym wydaniu. I tak to właśnie było w Operze, gdzie każde inne danie zdawało się być zaledwie tłem dla gwiazdorskiego cheeseburgera. Jednak pierwszej ocenie wierzyć nie mogłem, bo kiedy go jadłem, byłem bardzo głodny, a pozytywny odbiór potęgowała odczuwana przeze mnie ostatnio słabość do buł z mięsem upstrzonych jeszcze warzywami. Dlatego poszedłem jeszcze raz, by wrażenia i ocenę zweryfikować. A potem jeszcze raz... I kolejny... I następny, a przemiła i słodka kelnerka, na którą zawsze trafiałem nie była jedynym powodem, dla którego powroty do Opery bardzo polubiłem, jednak kwestię tego, czy wygrała ona, czy też Cheesburger dyplomatycznie przemilczę. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Wojtek Tagi: restauracja, Opera, zupa, cheeseburger, burger, panna_cotta | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |