
Kiedy jedzenie było Bogiem (Cyrano de Bergerac)Restauracja: Cyrano de Bergerac (11.06.2011) Nie szybko będzie dane znów tam zawitać, ale z niecierpliwością będę czekał na ewentualną ku temu okazję. Jeden jedyny jest tylko taki kraj, gdzie wspaniałe jedzenie otaczane jest czcią i celebrą chyba tylko bogom należną. Jeden jest taki kraj, gdzie tworzenie kulinarnych cudów urosło niemal do rozmiarów religii i jeden jest chyba tylko kraj, który wydał tak wielu genialnych kapłanów owej "religii" i tak wielu wiernych jej wyznawców. Ową szczęśliwą krainą jest oczywiście Francja. Co prawda Polacy nie gęsi, też swe tradycje i obrządki kulinarne mają, jednak wciąż bardzo daleko nam do francuskiej kultury jedzenia i do kunsztu, na jaki wznieść potrafią się tamtejsi mistrzowie. Niestety kuchnia francuska jest religią bardzo wymagającą, zarówno pod względem produktów, jak i umiejętności, a jej przepisy nie pozostawiają tak wiele miejsca na radosne improwizacje ile na przykład kuchnia włoska. Dlatego też przedstawiciele francuskiej myśli kulinarnej znacznie rzadziej pojawiają się na gastronomicznych mapach naszych miast. Tym większą nobilitacją i nie lada okazją była dla mnie wyprawa do Cyrano de Bergerac - jednej z bardzo niewielu i z pewnością najbardziej uznanej restauracji francuskiej w Krakowie. Wstyd przyznać, ale schodząc tamtego wieczora do piwnic, w których mieści się restauracja, był to mój pierwszy raz w Cyrano de Bergerac. Choć nie raz miałem na to ochotę, to ucztowanie w tej restauracji było najzwyczajniej w świecie imprezą zbyt drogą jak na moje możliwości. Tym bardziej cieszyłem się, że w końcu będę miał okazję przekonać się, co przez te wszystkie lata traciłem. Wnętrze zaskoczyło mnie, może nie tyle prostotą, co konwencjonalnością. Właściwie sam nie wiem czego się spodziewałem, ale na pewno w moich wyobrażeniach było tego więcej i w większym stopniu przesycone było tradycyjną, nieco zastałą i pełną ładu elegancją. To co zobaczyłem elegancji w żadnym razie pozbawione nie było, ale wnętrzu nie zabrakło też przytulności, a kolekcja wiekowych fidrygałek i kuchennych utensynaliów bez trudu przepędziła sterylną atmosferę, a także poczucie, że zupełnie nie pasuję do takiego miejsca, którym to odczuciom spodziewałem się w Cyrano ulec. Dzięki temu do najważniejszej części wieczoru, czyli oczywiście konsumpcji, zabierałem się w nastroju wręcz wyśmienitym. Pasztet z fois gras idealnie dopasował się do mego stanu ducha zapewniając cudowne doznania kubkom smakowym. Zresztą zaczynam podejrzewać, że mając odpowiedniej jakości produkt, danie to niezwykle trudno byłoby zepsuć, bowiem i tym razem było ono bardzo delikatne i idealnie jednolite, nic więc dziwnego, że niemal w momencie pozostało po nim tylko wspomnienie. Carpaccio z wędzonej kaczki z prażoną kolendrą i pomarańczami było z kolei niezwykle zdecydowane. Sama kaczka dzięki wędzeniu zyskała bardzo intensywny, głęboki i pełen pysznego aromatu smak. Skutecznie go jednak potrafiły osłabić pomarańcze, dlatego też dla mnie, były one najzupełniej zbędne, bo w przeciwieństwie do kolendry, nie wnosiły nic, a raczej tylko ujmowały. Spróbować mi było dane także Tygielka z przepiórczymi jajami i borowikami, który pomimo obecności jaj przepiórczych, zapewnił smak dobrze znany, swojski, można by nawet rzecz - rustykalny. Był to oczywiście smak godny królów raczej, niż chłopstwa, ale Król Polski miał go poczuć niemal równe szanse, co Król Francuski. Na tym etapie kolacji nastąpiła mała powtórka z rozrywki, bo na stół powróciło Fois gras, tym razem na ciepło i formie że tak powiem,, naturalniej. Tym razem doznania były już dużo intensywniejsze, niż kiedy gęsie wątróbki przerobione zostały na pasztet. Wrażenia artystyczne również były dużo mocniejsze, szczególnie dla osób nie przyzwyczajonych do widoku podrobów, do których jeszcze niedawno sam się zaliczałem. W kwestii smaku fois gras w pewnych aspektach przywiodło mi na myśl czosnek, który początkowo pyszny, którego smak przy większych dawkach zaczyna zdradzać swego rodzaju oleistość - rozlewa się po całych kubkach smakowych i podniebieniu, przywiera doń bardzo łatwo i ściśle, a potem niczym nie można go usunąć czy wywabić. Wnioski z tego płynęły dwa - mniejsza porcja fois gras na ciepło w zupełności by wystarczyła, a ja i tak wolę je w formie pasztetu. Danie główne na tapecie pojawiło się w postaci absolutnie dla mnie nowej i nigdy wcześniej nie smakowanej, a mianowicie jako Grasica z kasztanami i jabłkami. Ale tutaj, przyznam szczerze, po raz pierwszy tego wieczora lekko się rozczarowałem. Spodziewałem się kolejnej eksplozji zdecydowanych i nieznanych mi smaków, a te, choć faktycznie nowe, w pamięć się niczym nie wryły. W porównaniu do innych specjałów grasica najzwyczajniej w świecie wypadła blado. Rozczarowały mnie również kasztany, także jedzone po raz pierwszy. Były mdłe i nijakie, smakiem i fakturą przypominały bardzo twardego banana, były jednak nieco bardziej zwarte i mniej słodkie. Wraz z grasicą nie stworzyły żadnej ciekawej całości, którą uznać by można za wiekopomne arcydzieło sztuki kulinarnej. Smakowa rozkosz nadeszła natomiast ze strony, z której się jej nie spodziewałem. Sandacz na szpinaku z sosem cytrynowym, okazał się, o dziwo (bo to w końcu ryba, których z reguły sympatią nie darzę), dużo wdzięczniejszym adresatem "ochów" i "achów". W rybie wyraźnie czuć było aromat ziół, który bardzo skutecznie złagodził obyczaje i wydawałoby się bezkompromisowy charakter ryby. Liściasty szpinak przygotowany został tak, by stanowić jedynie bardzo subtelne tło dla ryby, która w tany szła przede wszystkich z cytrynowym sosem i robiła to tak dobrze, że wygraną w niejednym odcinku Tańca z Gwiazdami miałaby w kieszeni. W końcu nastąpił czas na deser, a skoro na talerzach królowała Francja, jakiż inny mógłby być wybór deseru, niż Creme brulee. Przy czym była to jego najbardziej tradycyjna wersja, która choć była ze wszech miar poprawna, pyszna wręcz, była też w takim samym stopniu przewidywalna, a ja dojrzałem już do tego, by w tym deserze z otwartymi ramionami witać pewne urozmaicenia. Suflet czekoladowy z lodami miętowymi także był klasyczny i nie zaskakiwał żadnymi anomaliami. Zrobiony był idealnie, co zdradzała bezbłędna konsystencja zarówno stwardniałej, acz delikatnej skorupki, jak i gęstego, ale jednak płynnego wnętrza. Lody miętowe spotykałem już co prawda znacznie lepsze, mimo to całość byłaby prawdziwą i wystawną ucztą dla każdego miłośnika czekoladowych specjałów. Ja niestety do grona tego się nie zaliczam, więc dla mnie suflet pozostał jedynie dobry. Na koniec nastąpił jeszcze niewielki digestive w postaci likieru Cointreu i ta wielka, z górą sześciogodzinna uczta zaczęła chylić się ku końcowi. W jej trakcie piło się też oczywiście sporo wina, z którego część była dobra, część lepsza, jednak by już dalej nie przynudzać, opis wrażeń im towarzyszących pominę, przechodząc od razu do pointy. A ta jest dla Cyrano de Begerac bardzo pochlebna, bo choć nie wszystko było idealne, to poziomem jedzenie restauracja i tak przewyższa ogromną większość krakowskiej konkurencji. Jest to też niestety miejsce, na które pozwolić sobie mogą tylko osoby bardzo dobrze sytuowane, więc mi nie szybko będzie dane znów tam zawitać, ale z niecierpliwością będę czekał na ewentualną ku temu okazję. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Wojtek Tagi: Cyrano_de_Bergerac, restauracja, francuska, fois_gras, pasztet, carpaccio, kaczka, przepiórcze_jaja, borowiki, grasica, kasztany, sandacz, szpinak, creme_brulee, suflet_czekoladowy, wino | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |