
Kup pan sznycla (Jubilatka)(19.05.2011) Odwiedzając takie miejsca człowiek od razu się raduje, że kiedyś pewien elektryk przeskoczył przez mur. Choć ostatecznie zrzuciłem już skórę młodości, a srebro zaczęło coraz gęściej przetykać mą czarną dotychczas niczym noc czuprynę, to wciąż za starego uznany być nie mogę. Pamiętam co prawda, czas kolejek po papier toaletowy i jedzenia na kartki, aczkolwiek widok całkowicie niemal pustych półek, jeno ocet eksponujących, to czasy już dla mnie zbyt zamierzchłe. Ale było tak ponoć naprawdę i choć do dziś dzień nie wiem, czemu to akurat ocet był jedynym niedeficytowym towarem doby komunizmu, to właśnie on stał się jednym z jej absurdów i ewenementów. Wiele z owych absurdów dotyczyło sfery kulinarno-gastronomicznej, a pod naporem lat przekształciło się w anegdotki, do których młodsze pokolenie podchodzi z zabarwionym niewiarą przymrużeniem oka. Przyznam szczerze, że i ja należę już do osób, które choć załapały się na schyłkowe lata poprzedniej epoki, były wtedy jeszcze zbyt młode, by po restauracjach chadzać. Przez długi czas myślałem, że nigdy nie poznam już specyficznego kolorytu lokali ery komunizmu. Było tak do czasu, gdy na własne oczy nie ujrzałem osławionej restauracji Jubilatka, w której czas najwyraźniej się zatrzymał i uczynił z niej doskonały skansen lat ubiegłych. Wiele lat temu mogła być ona nawet uznawana za restaurację całkiem niezłą, wszak władza dbała o lud pracujący Nowej Huty. Dziś Jubilatka w najlepszym razie budzi nostalgię wśród osób pamiętających jeszcze jej lepsze czasy, a w najgorszym politowanie czy wręcz odrazę, wobec miejsca, które nie zmieniło się od lat. Wciąż ten sam śmieszny już dzisiaj szyld, wystrój wnętrza, którego chyba tylko PKP by się nie powstydziło, nie młoda już obsługa, na której obliczu chyba tylko brak entuzjazmu malował się wyraźniej, niż brak młodości, no i herbata w szklance (takiej prawdziwej, bez ucha), dla której nawet metalowy koszyczek ułatwiający obsługę okazał się zbyt wielkim komfortem. W tym momencie nie miałem już właściwie złudzeń co do jakości serwowanego w Jubilatce jedzenia, jednak powiedziawszy "A", nie wypada zaniemówić przed "B", a skoro "B", to na pewno Barszcz czerwony z krokietem. Jak się wkrótce okazało miał on, o dziwo, pewien ziołowy urok, choć miałem wrażenie, że historia jego powstania zawierała dźwięk rozdzieranej torebki oraz cichutkie syczenie, który wydaje buraczkowy w kolorze proszek podczas zalewania go wrzątkiem. Krokiet z kolei byłby w miarę poprawny, gdyby ciasto wraz panierką nie stanowiło co najmniej połowy jego przekroju, a to są już proporcje dla krokieta wysoce niestosowne. Drugą i ostatnią z czekających mnie w Jubilatce "atrakcji" miał być Sznycel z frytkami. Miał być i był, bowiem z pewnością dostarczał wielu wrażeń i emocji, z których najsilniejsze było zdecydowanie przerażenie. Patrząc na niego można było mieć wrażenie, że sznycel powstał w wyniku zmielenia namoczonej rolki najpodlejszego papieru toaletowego, z wiórami, do której to mieszanki, dla niepoznaki, dodano śladowe ilości mięsa, a następnie smażono przynajmniej kilka minut za krótko. Sytuacji nie była w stanie w żaden sposób uratować zarumieniona cebulka, którą owy twór został przyozdobiony, bo nawet z cebulką smakował on mniej więcej tak, jak wyglądał. Jedyną łyżeczką miodu w całej tej misie dziegciu okazały się frytki - uczciwe, zbyt nieregularne, by mogły być kupną mrożonką, musiały być od początku do końca produkcją miejscową, co w obecnych czasach się już nie zdarza. Szkoda tylko, że i tutaj nadzorca kuchni (kucharzem nazwać się go nie ośmielę) wykazał się niecierpliwością i nie pozwolił frytkom nabrać choćby bladozłocistej barwy. Niestety za wszystkie te "przysmaki" zapłaciłem znacznie więcej niż bym chciał i niż były one warte. Ale przynajmniej w ten oto sposób ciekawość moja została zaspokojona, a jakiekolwiek skrawki rodzącej się nostalgii dla czasów, w których przyszło żyć naszym rodzicom ("naszym" tylko jeśli jesteście w wieku lat 15 do 35), momentalnie uleciały z mej duszy i serca, pozostawiając radość, że kiedyś pewien elektryk przeskoczył przez mur. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Wojtek Tagi: restauracja, Jubilatka, barszcz, krokiet, sznycel, frytki belfr: faktycznie jakbyś miał placoną "wierszówkę", tekst na kilka stowek :) ale treści i konkretów w nim prawie nie ma, za to mnóstwo samouwielbienia autora wobec siebie i swojej bełkotliwej polszczyzny Wojtek (autor): Jeśli jest "pani" podstarzałym, podchmielonym osiedlowym żulikiem, to owszem, mogła mnie "pani" tam widzieć, bo takie osoby były jedynymi poza mną klientami restauracji w tym dniu. No ale, jeśli "pani" nadal obstaje przy swoim, to proszę, niech mi "pani" napisze w jaki dzień tam byłem, czy sam czy z kimś, albo przynajmniej koło której godziny? Może też "pani" wysłać maila do redakcji portalu podając swoje personalia, a sprawa zarzutów kłamstwa i matactwa na pewno zostanie rozpatrzona. Agnieszka: Panie Wojtku nie chce być niegrzeczna, ale byłam w tym samym dniu kiedy pan tam był i widziałam pana zadowolenie na twarzy. Barszcz zjadł pan do końca i pozostałe dania również a na pana nieszczęście, usłyszałam jak pan powiedział, że jeszcze tam wróci i bardzo ci smakowało. Więc albo masz sklerozę i zapominasz albo jesteś po prostu kretynem, który lubi rozsyłać złośliwe plotki po necie. Wojtek (autor): Owszem, mogłem napisać "Barszcz co najwyżej średni, krokiet słaby, sznycel ledwie jadalny i tylko frytki znośne", ale przecież nie o to chodzi. Poza tym słowem trzeba się cieszyć w każdej postaci, warunkiem jest przyzwoity ich poziom. kmarq: dużo tekstu, a treści tyle co mięsa w mielonym ;-) | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |