
Przychodzi (Kowalski) do restauracji...Restauracja: Trzy kroki w szaleństwo (18.10.2010) Przychodzi Kowalki do restauracji, a restauracja też Kowalski. I to bardzo dobra restauracja! Przychodzi Kowalski do restauracji... Ileż to dowcipów zaczynało się tymi słowy? Nie sposób chyba spamiętać, choć przecież Kowalski w restauracji i tak był znacznie rzadszy od Baby u lekarza, Ecika i Masztalskiego czy Polaka, Ruska i Niemca. Mimo to, ów Kowalski, czy to odwiedzający restauracje, czy też oddający się dowolnym innym, humorystycznym aktywnościom, wrył się w naszą pamięć, jako synonim przeciętności czy wręcz pospolitości. Tym większe było moje zdziwienie, gdy przekroczyłem próg restauracji pod nazwą właśnie "Kowalski". Wbrew pierwszym skojarzeniom, z pewnością miejsca tego zwyczajnym i pospolitym nazwać nie można, choć pełni tego dysonansu miałem dopiero doświadczyć. Na razie restaurację ocenić mogłem tylko przez pryzmat lokalizacji i wnętrza. Ta pierwsza, na rogu Rakowickiej i Lubicz, jest dość ekscentryczna, choć po krótkim zastanowieniu, okazuje się w pełni uzasadniona. W końcu potencjał ludzki całego Uniwersytetu Ekonomicznego oraz biurowców przy ulicy Lubicz jest nie do pogardzenia, wszak człowiek jeść coś musi, a wytężony wysiłek umysłowy, jak mało, co wzmaga łaknienie. No i w godzinach "lunchowych", to łaknienie jest zaspakajane, w takim właśnie "kowalskim" stylu - szybko, prosto i tanio, bo na zestaw obiadowy za 12 złotych nawet student od czasu do czasu sobie pozwolić może. Niestety o jakości tychże studencko-pracowniczych przysmaków wypowiedzieć się nie mogę, bo najzwyczajniej w świecie, ich nie próbowałem. Ja restaurację Kowalski odwiedziłem porą już wieczorową. Wtedy to lokal zdążył się już przeobrazić w elegancką restaurację z prawdziwego zdarzenia. Piwniczne wnętrza, co prawda, nie plasują jest wysoko na liście oryginalności, ale widać, że się tutaj do wszystkiego przyłożono i nie oszczędzano, zapewne dlatego ta restauracja Kowalski (bo są i inne), dla ułatwienia, nazywana jest Kowalski Gold. Jednak żadne złoto, diamenty czy nawet platyna, niewiele by pomogły, gdyby szef kuchni nie dopasował się do wysokiego poziomu. Zapoznanie się z menu dawało jednak nadzieję, że i w kwestii jedzenia powinno być dobrze. W końcu jeśli restauracja porywa się za takie na przykład Skrzydło płaszczki (którego nigdzie dotąd nie spotkałem), czy pozwala sobie na grę wstępną z kuchnią molekularną (miętowy kawior), to musi być ona pewna swego kucharza-sternika, a to z kolei wskazywać może na jego niemałe umiejętności. Kilka chwil później przyszedł nareszcie czas na skonfrontowanie teorii z praktyką, oto bowiem na stole pojawiło się Skrzydło płaszczki w pikantnej tempurze z młodymi warzywami, ziemniakami pieczonymi z rozmarynem, chińską kapustą i sosem maślanym, której ciekawość nie pozwoliła mi nie spróbować, choć bałem się typowo rybnego posmaku. Na szczęście strach okazał się mieć jedynie wielkie oczy, a skrzydło otuliło delikatnością i smakiem, który choć dawało się w nim wyczuć rybne powinowactwo, to nie budził wstrętu, a wręcz przeciwnie. Wszystko to uzupełniała tempura, z nazwy pikantna, jednak z życia, dopasowana delikatnym charakterem do płaszczki. Ale to jeszcze nie był koniec moich epickich przygód, wciąż jeszcze czekał mnie przecież Kurczak panierowany w nachos nadziewany żółtym serem, jalapeno, pieczonymi ziemniakami z twarożkiem i mieszanką sałat. A gdy go ujrzałem, to oniemiałem... Już płaszczka podana była efektownie, ale to, co zostało zrobione z kurczakiem, wzruszyło nawet moje serce estetycznego ignoranta - niby zwykły drób, a jednak stworzyć można z niego dzieło sztuki w postaci dwóch wież. Filet zresztą także, jak nie kurczak, miał wyrazisty smak, który w parze z jalapeno i asyście sera o cudownie idealnym stanie skupienia, stworzył swoistą drużynę smaku. No i te ziemniaczki... Po raz pierwszy zamawiając z karty "pieczone ziemniaki", faktycznie to dostałem. Nie podsmażane, nie opiekane, ale właśnie pieczone. Oczywiście intensywnego, ogniskowego aromatu nie miały, ale i tak przywodziły na myśl bardzo miłe wspomnienia. Na koniec wrócić można raz jeszcze do kwestii dowcipów i odnieść się do jednego z restauracyjnych kawałów z brodą, w którym to Kowalski przychodzi do restauracji i niemal od progu oznajmia kelnerowi - Panie, mam 25zł, co może mi Pan polecić? Inną restaurację - odpowiada w dowcipie kelner. I to jest jeszcze jedna wielka zaleta opisywanej restauracji, w której nawet zwykły Kowalski, z dwudziestoma pięcioma złotymi w kieszeni zje jak król. A ja na pewno jeszcze nie jeden powrót króla planuję, kompletując tym samym nawiązania do słynnej trylogii J.R.R. Tolkiena ("Drużyna Pierścienia", "Dwie Wieże" oraz "Powrót Króla" składają się na trylogię "Władca Pierścieni" - przyp. red.). I tylko obsługa przypominała nieco Golluma (na szczęście nie z wyglądu) - nie była jednoznacznie zła, ale zadań wielkiej wagi bym jej nie powierzył. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Wojtek Tagi: Kowalski, restauracja, płaszczka, kurczak, jalapeno, ziemniaki, tempura Lady_Sky: Kucharzy jest tam kilku, co do obsługi wolę się nie wypowiadać a włos w mojej sałatce z łososiem mroził krew w żyłach;/ chyba, że był to element owej kuchni molekularnej w co szczerze wątpię... Wojtek (autor): Jak myślę, że w tak, bądź co bądź, sporej restauracji, to co najmniej dwóch kucharzy jest, a pewnie i więcej, więc widać, że poziom ich niekoniecznie jest zbliżony. arita: A co do zestawów za 12 zł, to bywa różnie. Raz można zjeść bardzo pyszne dania z moją ulubioną zupą cukiniową, a raz można trafić na niedogotowane ziemniaki i mdłą pomidorową. Nie wiem czym to jest podyktowane, ale tak jakby było dwóch kucharzy. | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |