
(Love Krove) jak polską mowęRestauracja: Love Krove (24.07.2010) Love Krove dowodzi, że burger stał się już potrawą międzynarodową, zdolną odnaleźć się na każdej ziemi. I tylko polska mowa chrzęści, trzeszczy i w szwach puszcza, próbując przyswoić zgrabną skądinąd nazwę restauracyjki. O klimacie kazimierzowskich knajp, tych kultowych, które boom na historycznie żydowską dzielnicę zapoczątkowały, a których sztandarowymi przykładami jest Alchemia czy Mleczarnia, zdanie mam jednoznaczne. Kazimierzowski klimat, czyli smród, brud i ogólny rozgardiasz, gdzie każde krzesło jest inne, a łączy je tylko to, że strach na nich siadać, bo albo się człowiek, wraz z krzesłem, połamie, albo doń przyklei. Stoły też niewiele lepsze, chybotliwe, zalane woskiem i też nie do pary. Do tego wszystkiego, jest w takich miejscach zawsze ciemno i duszno, że to niby ciężar wieków nas przytłacza.Jak można się domyślić po tych kilku zdaniach, miejsca o tym charakterze, dla jednych pełne uroku i niepowtarzalnej atmosfery, mnie najzwyczajniej w świecie zniechęcają i odstraszają. Da się jednak prostymi sposobami pogodzić ten bałaganiarsko-babciny styl, z czymś innym, jasnym i "plastikowym". Mówiąc prościej, krakowski Kazimierz może spotkać się ze szwedzką Ikeą, a wyjdzie z tego sympatyczna knajpka Love Krove. O wartości artystycznej malunków na ścianach się nie wypowiem, bo się nie znam. W każdym razie przywodzą mi one na myśl wczesne kreskówki Walta Disney (czy w dobie Szreków, Toj Storów i czarodziejek wszelkiej maści, ktoś pamięta jeszcze poczciwą myszkę?) po gruntownym liftingu. Jako się rzekło, oceniać nie będę, powiem tylko, że mi tutaj pasują. Do tego białego, bardzo jasnego wnętrza, do ikeopodobnych elementów wystroju i do krzeseł każde z innej parafii. Wszystko to jakoś się razem sprytnie splata, dając bardzo milusią całość i choć wnętrze nie zachęca do siedzenia długimi godzinami, to nie wyzwala też odruchu natychmiastowej ucieczki, choć jest ciasno. No ale starczy już tych wystrojowo-klimatycznych dywagacji, bo i tak już zbyt długo zwlekałem, by przejść do smakowego sedna, a w Love Krove jest go mało, ale za to konkretne. Otóż restauracyjka jest jednym z tych niewielu miejsc, które hołdują daniowej monogamii. W tym konkretnym przypadku wszystko kręci się wokół burgerów. Mnie najskuteczniej zachęcił Burger Alvaro, bowiem na poglądową lekcję na temat tego, jak powinna wyglądać buła z mięchem zaprosił on wołowinę, kiełbasę chorizzo, rukolę, ser, pomidora, majonez i sos tabasco, czyli składniki zapowiadające interesującą mieszankę smaków. Burger podany mi zostaw wraz z butlą ketchupu i to nie jakąś chemiczną papką, ale uczciwym Heinzem, za co już na wstępie zasłużył na podwyższenie oceny. Prezentował też się bardzo apetycznie, ale niestety był przez to wybitnie nieporęczny. Stoczyć musiałem wewnętrzną walkę ze swoim zmysłem "ĄĘ", który domagał się poskromienia burgera, jak na cywilizowanych przedstawicieli homo sapiens przystało, nożem i widelcem. Ostatecznie zwyciężyła zakorzeniona bardzo głęboko, atawistyczna skłonność do ułatwiania sobie życia. Zrezygnowałem więc ze sztućców i rozpocząłem kiełznanie posiłku korzystając jedynie z nieocenionej zdobyczy ewolucji - dłoni wyposażonych w przeciwstawne kciuki. Wracając jednak do szkolnych analogii, "lektura" Alvaro pozwoliła sporządzić swoistą "listę obecności". I tak, bułka - jak najbardziej, miło nawet zaskoczyła swoją formą przypominającą ciabattę. Wołowina - oczywiście jest, bardzo treściwa i soczysta, ale na szczęście bez przejawów niekontrolowanej surowości. Rukola - obecna. Ser, pomidor i majonez też. Jednak już sos tabasco wyraźnie się na zajęcia spóźnił. Do burgera wpadł jakby w ostatniej chwili, zziajany, blady i niewyraźny. Będąc zawsze tym, który potrafił najwięcej zamieszać, tego dnia siedział cichutko, jak mysz pod miotłą, nie dając praktycznie żadnych smaków życia. Z kolei kiełbasa chorizzo myślała chyba tylko o wagarach, bo choć obecna ciałem, swego ducha i hiszpańskiego temperamentu ujawnić nie zdołała. Skończyła podobnie, jak sos tabasco, bez plusów z aktywności. A szkoda, bo ich udział w całej kompozycji zapowiadał się najciekawiej i to właśnie te dodatki zdecydowały o wyborze Alvaro. Tym niemniej w Love Krove czas spędziłem miło, a i najadłem się smacznie i do syta. Jedzenie, co prawda, niezbyt może polskie, żydowskie, czy też szwedzkie, ale buła z kawałem mięcha nie kojarzyła się też jednoznacznie z Ameryką, co tylko dowodzi, że burger stał się już potrawą międzynarodową, zdolną odnaleźć się na każdej ziemi. I tylko polska mowa chrzęści, trzeszczy i w szwach puszcza, próbując przyswoić zgrabną skądinąd nazwę restauracyjki. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Wojtek Tagi: Love_Krove, restauracja, burger, chiorizzo, rukola, wołowina burgeros society : wydawac by sie mogło iż różowiutenki środek miesa to rzecz normalna a stopien wypieczenia zalezny jest od woli klienta , ale ktos na to nie wpadł , wyjmowanie zaś omówionego rdzenia ogonkowego to rzecz wedle savoir vivru normalna , no ... okazuje sie ze tez nie ... co do miesa to nie jest to mc donald gdzie dodaje sie soli do wszystkiego tak że nie czuc smaku miesa . bebe: hamburgery niezjadliwe- bułki za twarde rysują podniebienie, a kotlety za słone!!
niedawno wróciłam z Francji i tam miałam przyjemność jeść najlepszego hhamburgera na świecie-mięso wysmażone- średnie- i mało wysmażone- do wyboru. A w lovekrowe śmieszna porcja za taką cene:!?! Ffffffuuuuuuuuuuu: Na burgery do Krovy wybrałem się z dziewczyną. Pierwsze fuj:
niewygodne miejsca siedzące. Opieranie się o ścianę na ławce nie
jest fajne, jeśli trzeba konsumować we dwoje na bardzo małym
stoliczku. Na wszystkich stolikach ketchup Heinz - super, szkoda że
prawie pusty i utytłany tłustymi paluchami. Zero serwetek.
Czekaliśmy 25 minut, co na 10 osób na sali jest zdumiewające, przy
czym oczywiście ulubieńcy kelnerek dostali posiłek pierwsi, choć
weszli grubo po nas.
Koktajle - drogie i średnie. 10 zł za obrzydliwą mieszankę babanowo
karmelową i trochę lepszego fruit coolera.
Wniesiono burgery - chłodnawe. To, czego nie można zarzucić, to tego
że ceny były iście krakowskie. Mięso było, jak we wspomnianej
recenzji niespieczone, ale różowióteńki środek mnie znismaczył, nie
było też w ogóle przyprawione - zero smaku. Nic nie zarzucę byłce
ani sałacie. Burger apollo - na brudnym menu wyczytałem, że miało
być z camembertem i żurawiną. No właśnie: spodziewałem się żurawiny
a nie sosu zurawinowego. Połączenie okropne. Całość już do reszty
zepsuł pomidor, w którym szacowny kucharz nie raczył wyciąć rdzenia
ogonkowego - i takie cudo trzeba było wyciągać paluchami z ust przy
kobiecie!
Nie zarzucę nic ziemniakom, których po prostu chyba nie można było
jak spieprzyć.
Drogo, niesmacznie, muląco, bez furory, której oczekiwałem.
Nie polecam... | Autor: Wojtek
Polecamy: Sprawdź też: Trattoria Mamma Mia - Pizzeria Kraków - najlepsza pizza i kuchnia włoska w samym centrum Krakowa obok Bagateli na ul. Karmelickiej. Popularne tagi: restauracja, Sylwester, konkurs, Kraków, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, polędwiczki, wino, Le_Scandale, polska, Smakowisko, Pałac_w_Paszkówce, carpaccio, risotto, Winoman, Paszkówka, winiarnia, gnocchi, włoska |