
I Love Rock'n'Roll (Hard Rock Cafe)Restauracja: Hard Rock Cafe (18.07.2010) Miejsce z rockową duszą i znaczną przewagą blasków nad cieniami. Gdy przebiegły los, zimna kalkulacja lub w wyjątkowych przypadkach, płomienne uczucie łączące dwoje ludzi, wyda na świat pierwsze owoce w postaci własnego przychówku, mężczyzna w trybie przyspieszonym musi dorosnąć. Kiedy jego progenitura, zamiast własnoręcznie wykonanej laurki, na Dzień Ojca zaprasza na obiad, kolacje, czy daj Boże, drinka, oznacza to, że można w końcu odetchnąć z ulgą, z czystym sumieniem zostawić za sobą sztywną dojrzałość i wejść w jakże ciekawy okres kryzysu wieku średniego.To, że jest ogromnym szczęściem swego rodzica udowodniła po raz kolejny pierworodna, która w wyniku rewelacyjnego wychowania i nieskazitelnego gustu (odziedziczonego z pewnością po mieczu, a nie po, wadliwej pod tym względem, kądzieli), bardzo czujnie wybrała knajpę, gdzie miało nastąpić świętowanie. Miejsce niby w Krakowie nowe, ale w sercu każdej rockowej duszy obecne od dawna. Żywy dowód na to, że rock może odnaleźć się dzisiejszej różowej i plastikowej rzeczywistości. Oczywiście nie można mieć złudzeń co do tego, że gawiedź nie leci na muzykę i wszystko to co ona reprezentuje, a raczej na obrosłą w legendę, światową markę, ale cóż, dobre i to. Ważne, że są i tacy, którzy z pełną świadomością wskakują w swoje niebieskie, zamszowe buty (nawiązanie do jednego z największych przebojów Króla "Blue Suede Shoes" - przyp.red.) i tak ruszają na podbój Hard Rock Cafe. Smutne przykłady Jima Morrisona, Kurta Cobaina czy, jakże nam bliskiego, Ryśka Riedla nauczyły, że rock, poza blaskami, ma także cienie. Fałszywe nuty wplecione w praktycznie każde rock'n'rollowe jestestwo. Ukochana latorośl stwierdziła co prawda, jak można mniemać, na podstawie doświadczenia, że Hard Rock Cafe ciemnych stron nie ma, jednak pewne rzeczy oceniać można tylko przez pryzmat doświadczenia, a wszelkie opinie, najlepiej wyrabiać sobie samemu. Takie kelnerki dla przykładu, o nich zdanie zdecydowanie najlepiej zdobywać własnoręcznie i w ten sam sposób odkrywać wszystkie ich zalety. Stricte zawodowe rzecz jasna, przeto córka patrzy, więc nie wypada oka zawieszać zbyt długo, na niewiastach niewiele tylko od niej starszych. Mała strata, krótki żal, bo i miłe panie z obsługi, to nie klasyczne ideały piękności. Bliżej im raczej do typu niepokornych rockerek, które swe prawdziwe piękno ujawniają dopiero przy poznaniu znacznie bliższym, niż zapewnić to może niezobowiązująca rozmowa podczas zamawiania posiłku. Zresztą o widoki tego popołudnia zatroszczyła się gospodyni wieczoru, która nie dość, że zawsze i wszędzie najpiękniejsza (czyż dziecko dla rodzica nie jest takie zawsze?), to jeszcze postarała się o narożny stolik na przeszklonym piętrze. Jeśli ktoś na takie panoramy jest wrażliwszy, to z pewnością doceniłby rozciągający się poniżej Plac Mariacki i Rynek, tradycyjnie już będący polem zażartej batalii o każdy skrawek wolnej powierzchni pomiędzy ulicznymi "stojakami" (sami mają się zapewne za artystów), kwiaciarkami, a placem budowy, która to budowa chyba już na stałe wpisała się w krajobraz samego centrum miasta. Jak się później okazało, narożny stolik na pierwszym piętrze miał być areną nie mniej zażartego boju, w którym przegranego czekało pożarcie. Ofiarą okazało się 280 gram mielonej, dobrze wysmażonej wołowiny z pikantną pastą z papryki Chipotle zatopionej w serze Monterey Jack oraz z guacamole i grillowaną cebulą, które to składniki w ryzach utrzymywać starała się opiekana bułka. Wszystko to w pamięci pozostało pod jakże adekwatną nazwą S.O.B. Burger (S.O.B. jest akronimem amerykańskiego wulgaryzmu zarezerwowanego dla osobników nikczemnej postury moralnej i światopoglądowej, aczkolwiek potrafiących w pewnych sytuacjach budzić swego rodzaju respekt czy nawet podziw - autorska def.red.). No i trzeba przyznać, że burger był jednym, wielkim i smakowitym "SOBem". Frytki też nie ustępowały mu ani na jotę, bo, choć w pełni doceniane pewnie tylko przez damską klientelę, swoim smakiem i przede wszystkim rozmiarem imponować musiały każdemu. Na szczęście moje dziecię nie wykazywało fascynacji frytkami, ale z nie mniejszym smakiem zajadało sałatkę Cobb, z czego można wywnioskować, że i ona nie powinna nikogo zawieść. Rozczarował tylko fakt, że nawet w takim miejscu nie można dostać whisky na dzbany (nawiązanie do tradycyjnej pieśni irlandzkiej "Whiskey in the jar", której rockowa aranżacja w wykonaniu Thin Lizzy, a przede wszystkim zespołu Metallica, już jako "Whisky in the jar", przyniosła ogólnoświatową sławę - przyp.red.), bo szklaneczka, a nawet dwie, skończyły się dużo za szybko. Ale i tak Hard Rock Cafe okazał się posiadać dużo więcej blasków, niż cieni. Do tych ostatnich zaliczyć można chyba tylko wysokie stoliki z krzesłami barowymi, tak wrogie kościom nawet tylko w średnim wieku, oraz jeszcze wyższe ceny. No ale przynajmniej restauracja nie dostaje pieniędzy za nic (ostatnie muzyczne nawiązanie, to z kolei przebój zespołu Dire Straits "Money for nothing" - przyp.red.). Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Aleks Tagi: Hard_Rock_Cafe, restauracja, rock, burger, frytki, sałątka, cobb | Autor: Aleks
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków |