Rockowe Walntynki w Galaxy Hotel
RestauracjeRecenzjeAktualnościRabatyKonkursy
Szukaj restauracji w Krakowie:

Podróż w otchłań (Coltrane)

Restauracja: Coltrane

(05.04.2010) Saksofonu Coltrane'a wolę posłuchać sobie w domu, co i Państwu polecam.

Dawno temu, na początku naszej znajomości, pan M. zaprosił mnie do nowootwartej wtedy knajpki na Placu Biskupim, gdzie nowe lokale nie otwierają się zbyt często, a i starych brak. Knajpka nazywała się Coltrane. To właśnie ta nazwa nas tam ściągnęła, jako miłośników pana z niebieskiego pociągu. Było lato, były moje imieniny i sympatyczny wieczór w małej restauracyjce. Było przyzwoite winko i świetna muzyka (swoją drogą, zauważyli Państwo, jak trudno znaleźć lokal, w którym muzyka nie skłania do natychmiastowego jego opuszczenia?); był bukiecik stokrotek i powietrze, które przyjemnie kołysało włosy. Takie były moje pierwsze wspomnienia z Coltrane'a.

Zupełnie niedawno wybierałyśmy się z A. i P. na miłą kolację w celach terapeutyczno-relaksacyjnych. Tym razem powietrze nie kołysało niczego, a wbijało się malutkimi igiełkami w każdy centymetr twarzy. "Uroku" oprawie tego wieczoru dodawała brudna, śniegowa paciaja poupychana po kątach ulic pod zabytkowymi murami. Ciągnęło nas gdzieś, gdzie jest ciepło i przyjemnie, gdzie dobrze dają jeść i gdzie nie ryczy nam do ucha Lady Gaga. Coltrane! - pomyślałyśmy nagle, nieświadome, że ten pomysł poprowadzi nas prosto do Piekła.

Zasiadłyśmy we trzy w małej sali, gdzie oprócz nas nie było nikogo (jeżeli nie liczyć portretów Johna C. na ścianie). Kelnerka, uśmiechnięta blondynka z sympatyczną grzywką, podeszła do nas od razu, wręczyła karty i umknęła do drugiej sali.

Ze zdziwieniem przeglądałyśmy kartę, nie znajdując w niej tych pozycji, które zamierzałyśmy zamówić - menu na stronie internetowej i menu w samym lokalu nie mają ze sobą wiele wspólnego. Wobec tego zdecydowałam się na zupę cebulową i risotto z grzybami, do tego wzięłam wino domowe (zwykłe białe Vino di Tavola). A. i P. zamówiły bruschetty i tagliatelle z cielęciną, winem i śmietaną. Nie wiedziałyśmy jeszcze, że oto rozpoczęła się podróż w Czeluść. Spokojnie więc wyśmiewałyśmy absurdy rzeczywistości, narzekałyśmy na polskie zarobki i planowałyśmy ucieczkę w dalekie kraje, pełne słońca i uśmiechniętych, opalonych ludzi. Nie zauważyłyśmy nawet, jak na stole wylądowała zupa cebulowa i bruschetty. Może dlatego, że to, co wylądowało nie miało nic wspólnego ani z jednym, ani z drugim.

Zupa cebulowa z całą pewnością przybyła do nas z innej galaktyki. Była częścią nieznanego mi uniwersum, w którym "zupą cebulową" określa się smutny, cienki bulionik bogato doprawiony suszonymi ziołami prowansalskimi, w którym pływa co prawda kilka krążków cebuli, ale te krążki są trupio blade, co zdradza ich brak kontaktu z jakąkolwiek patelnią. Grzanka, która w zupie cebulowej jest równie oczywista, jak cebula, musiała tym razem pozostać w sferze marzeń.

Gdzie, pytam, w jakich zakamarkach Otchłani, to, co mi podano, określa się zupą cebulową? Pewnie w tych samych, w których to, co dostały A. i P. uznaje się za bruschettę. W naszej codzienności, bruschetta odpowiadała do tej pory jej opisowi z Wikipedii: Grzanka, której podstawą jest pieczywo, posmarowane oliwą i z roztartym czosnkiem. Tymczasem, na stole przed nami leżał talerz z dwoma kromkami chleba z pokrojonym w kostkę pomidorem i listkiem roszponki. Tak, jak cebula w mojej zupie nie dostąpiła kontaktu z patelnią, tak chleb (!) w tym przypadku nie widział nigdy żadnego opiekacza. Zgroza. Wydawało nam się, że jazz w głośnikach umilkł, a zamiast niego chłopaki z Bee Gees zaczęły śpiewać

Tragedy: When the feeling's gone and you can't go on,
It's tragedy. When the morning cries and you don't know why...


Najgorsze było natomiast dopiero przed nami. Moje risotto, na które czekałam tak długo, że w między czasie zdążyłabym cztery takie recenzje napisać, a i tak zostałby jeszcze czas na wypróbowanie na kucharzu kilka metod wymuszenia przyznania się do winy rodem z lochów hiszpańskiej inkwizycji, było nie tylko zrobione z najzwyklejszego ryżu marki ryż (nie spodziewałam się co prawda więcej, biorąc pod uwagę ceny i nie narzekałabym, gdyby była to jedyna wada tej potrawy), ale i z na wpół surowych grzybów (nie, nie były przyjemnie twardawe, były półsurowe). Tagliatelle, które wydawało się całkiem przyzwoite, jeszcze przed wieczorem zaatakowało żołądki A. i P. i zakończyło swoją podróż w przyniesionym naprędce naczyniu.

O wino musiałam się upomnieć dwukrotnie (ile czasu może zająć przygotowanie karafki wina, na litość boską?); sympatyczna pani kelnerka dawała nam zresztą oznaki lekceważenia przez cały czas (gdzie te piękne zasady, które nakazywały upewniać się, że wszystko w porządku lub czy czegoś czasem gościowi nie potrzeba?). W efekcie zrezygnowałyśmy z deseru i dawania napiwku. Oraz z kolejnych wizyt w tym miejscu. Saksofonu Coltrane'a wolę posłuchać sobie w domu, co i Państwu polecam.

Gosia

Więcej na temat restauracji

Tagi: Coltrane, restauracja, zupa, cebulowa, bruschetta, tagliatelle, cielęcina, jazz


Gosia: vino di tavola = wino stolowe. podaja, na kieliszki. jest biale i czerwone. bez podania szczepu. bazylie mam na oknie, z calym szacunkiem - wiem, jak wyglada. moze cos sie zmienilo od czasu twojej wizyty, my dostalysmy dwie sztuki 'bruschetty' (czytaj - dwie kromki NIEOPIECZONEGO chleba) na jednym talerzu. otchlan, strata czasu, ale przede wszystkiem ogromne rozczarowanie, bo swego czasu i ja lubilam to miejsce
2010-06-20 22:39:37

Roqi: Dziwna trochę ta recenzja i niezbyt miarodajna gdyż pojawiają się nieścisłości. Wielokrotnie jadłem w Coltrane bruschette i zawsze była ona podawana z bazylią a nie z roszponką i na trzech grzankach. Jeśli ktoś nie potrafi rozróżnić bazylii od roszponki to bez komentarza. Druga sprawa to wino, w karcie win w ogóle nie ma Vino di Tavola (z białych domowych jest bodajże Mapu, Consigna i Bianco del Contadino). Jadam w tej restauracji dosyć często i wracam do niej dlatego, że jedzenie jest wyśmienite i jest przyjemna atmosfera. Koncerty na żywo też są świetne ale właściciele powinni jednak zrezygnować z wtorkowych "jam session" przez które nie bywam tam w te dni. Wtorek to prawie początek tygodnia i absolutnie ja ani moi znajomi nie mają ochoty siedzieć w restauracji przy bardzo głośnym koncercie, który często jest poniżej poziomu.
2010-05-13 00:51:25


Wpisz komentarz:
Podpis:
E-mail (nie pokazujemy go):
Przepisz wyrazy:
Autor: Gosia

Dużo myśli, rozbiera rzeczywistość na kawałki i szuka Prawdy, bez większych nadziei na jej znalezienie. Wiecznie w podróży. Kolekcjonuje doświadczenia. Celebruje posiłki. Smak, w wielu wymiarach, napędza jej życie na co dzień.

Dowiedz się więcej
 
Polecamy:
Popularne tagi:
restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków
Copyright © 2008 Głębia Smaku   ::  Autorzy   Partnerzy   Regulamin   O nas   Współpraca   Kontakt   Newsletter