
Na lodzie (Projekt Barka)Restauracja: Projekt Barka (28.02.2010) Ładnie, schludnie, smacznie, tylko tak, za barem facet, na sali facet, w kuchni zapewne też. A ja nie wierzę, że kobieta na statku to zła wróżba! Zapewne nie pomylę się zbytnio i nie nadwątlę społecznego zaufania, gdy powiem, że kobiety to temat rzeka. Zdarzają się przypadki przypominające kamienisto-wyboiste, niczym płytkie potoki. Zdarzają się rwąco-porywające i zaskakująco bystre krynice cnót wszelakich. Lub też niepozorne, szemrzące cichutko strumyczki, które zwiastować mogą jednak niezłe bagno. Ale niezależnie od swej genezy i pochodzenia, kobieta w sposób nieunikniony dochodzi do etapu pokrętnej rzeki, wylewającej coraz to nowe brudy do morza męskiej egzystencji, zabijając w nim wszystko co dobre i zanieczyszczając na zawsze.W błędzie są jednak wszystkie Panie, które myślą, że cały zgrabny wywód i błyskotliwe porównania stanowią jedynie sztukę dla sztuki. Wyjątkowo tym razem czuję się do tego upoważniony. Więcej niż upoważniony, czuję się do tego zobowiązany, by uczcić kolejną rocznicę odzyskania wolności. Tak tak, kilka dobrych lat temu moja wspaniała żona zmieniła koryto, a trudno o lepszą okazję do świętowania. Nie mogła w tym przeszkodzić nawet zima, co najmniej dziesięciolecia, która wraz ze światem, zmroziła umysły i serca. A ja, świętując rozstanie, znalazłem się na lodzie... Tak tak, nawet ciężki charakter Wisły, uznać musiał wyższość zimy i zmienił stan skupienia i miast kołysać się na falach, pozostałem na lodzie, bo gościła mnie jednostka w założeniu pływająca - Projekt Barka. Przypłynęło to to ponoć z Rotterdamu czy innej z holenderskich "dam". Zacumowało przy Gazowej, za główną ozdobę okolicy mając ogromne elementy konstrukcyjne powstającej kładki, której budowę w porze zimowej zaplanować musiał jakiś pokrętny umysł, niechybnie kobiecy. Na szczęści w mesie świetliki okazały się na tyle małe, że żaden widok z zewnątrz nie zakłócał mojego świętowało. A wewnątrz... Cóż, Barka, będąc już wiekową staruszką, zrobiła to, co nakazała jej kobieca natura poparta skwapliwie przez seksistowskie prawa rynku - przeszła gruntowny lifting i niezliczone zabiegi upiększające. Stara krypa skryła się pod grubą "tapetą" kilkuletniej, starannej renowacji i nowatorskiego wystroju, przeistaczając się we wcale atrakcyjną "laskę", w którą wszedłem z wielką przyjemnością. Wrażenie zepsuła tylko obecność kelnera w miejscu, gdzie olśniewać powinno młode, jędrne i nade wszystko, kobiece ciało. Żadnym wytłumaczeniem nie jest tutaj przesąd, według którego kobieta na pokładzie wróży nieszczęście. Dla mnie byłaby to wróżba jak najbardziej szczęśliwa, a kobieca ręka i nie tylko ona, byłaby idealnym dopełnieniem mego radosnego święta. Po raz kolejny pozostałem, więc na lodzie - w stanie mi widać tego dnia pisanym ręką wszechmocnego Demiurga. Pełen pokory wobec sił wykraczających ponad moje rozumienie, zadysponowałem whisky, oczywiście na lodzie, oraz, w ramach dodatków maskujących alkoholizm, Malezyjską laksę z krewetkami oraz sałatkę cesarska z pieczonym kurczakiem, sardelą i crostini. Pojawiła się zupa, a skoro już się pojawiła, to wypadało było ją zjeść, nawet pomimo tego, że na talerzu witała ciecz w kolorze spranego majtkowego różu. Gdy okazało się, że ławica glizd bytująca na dnie (chodzi oczywiście o krewetki - przy. red.), jest naprawdę wielka, stało się jasnym, że na talerzu znalazła się metafora kobiecej natury. Cukierkowa powłoczka i drugie, niezbyt głębokie dno toczone robactwem fałszu i bezduszności. Co po niektóre niosą może w sobie nutkę pozornej egzotyki (jak mleczko kokosowe w laksie) i mogą zaoferować wcale dużo miłych wrażeń (w zupie, była to sprawka świeżych ziół), jednak ich prawdziwy charakter na długo nie pozwala o sobie zapomnieć i odbija się czkawką (dokładnie jak nieoczekiwana ostrość polewki). Innymi słowy, nie była taka zła, potrafiła dać kilka miłych chwil, ale powrót do niej jest wątpliwy. Do zupy oczywiście, bo celowość powrotów do kobiet nie jest wątpliwa, a absolutnie wykluczona. Sałatka konsumowana była już bez podtekstów, a jedynie z podziwem dla szefa kuchni, czy też raczej jego językowej fantazji. Przy sardeli, znanej przecież bardziej pod obcojęzyczną nazwą anchois, pozostał wierny językowi polskiemu, jednak grzanki (przepyszne zresztą) nie miały już tyle szczęścia i zostały zwyzywane od crostini. Choć kuskus, a raczej cous cous i tak mógł im tylko pozazdrościć. A wracając do wspomnianej rybki, to przyszło pogodzić się z jej obecnością, w końcu restauracje na wodzie rządzą się własnymi prawami, nawet te, które zostały na lodzie. Zresztą oddając sprawiedliwość sardeli, trzeba powiedzieć, że Cezarowi nie zaszkodziła, była nawet całkiem ciekawym smaczkiem. No i proszę, dało się spędzić miły spokojny wieczór bez kobiecego towarzystwa. W końcu baba z Barki, wszystkim lżej. A i sama Barka, pomimo iż rodzaju żeńskiego, dorzuciła swoje trzy grosze do tego ogólnie sympatycznego całokształtu. Gdyby jeszcze nie te językowe dziwolągi... Ale wszystkiego mieć nie można, więc cieszyć się trzeba tym co jest. Aleks Tagi: Projekt, Barka, laksa, krewetki, sałątka, cezar, sardela, anchois | Autor: Aleks
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, kurczak, burger, konkurs, lunch, Scandale_Royal, Zielona_Kuchnia, polędwica, stek, grill, ogród, Hard_Rock_Cafe, grecka, sushi, tagliatelle, zupa, cebulowa, Arenda, włoska |