
Boski przekładaniec (Percheron)Restauracja: Percheron (03.08.2009) Do Percherona powrócę już niebawem, bo bez tego boskiego mille feullies długo nie wytrzymam, a przyjemności nie zwykłem sobie odmawiać. "Płynie Wisła, płynie, po Polskiej krainie..." mówią słowa piosenki, którą zasłyszałem dawno temu małym brzdącem będąc. I faktycznie płynie sobie ta nasza Wisełka, jak kraj długi i szeroki. Bywa niewiele więcej niż górskim potokiem, bywa szerokim na kilkaset metrów rozlewiskiem, ale to właśnie u nas Wisła jest idealna. Gabarytami dostosowuje się do wielkości i rangi miasta. Mieszkańcom i turystom zapewnia pod dostatkiem spacerowych bulwarów i niezapomnianych widoków, gdy malowniczo opasa Wzgórze Wawelskie, ale idealna jest nade wszystko dlatego, że jest nasza, krakowska.Niedaleko wspomnianego wzgórza i zakola Wisły znajduje się kolejne, jakże charakterystyczne i znane miejsce - Jubilat. Ta toporna komunistyczna budowla przez długi czas niczym skała dawała odpór kolejnym falom rewitalizacji i odświeżeń, które zalewały cały bez mała Kraków. Było tak do czasu pojawienia się hotelu Kossak. Teoretycznie nie jest to, co prawda część Jubilata, jednak ja zawsze postrzegałem tę bryłę jako jedną całość, zatem i restauracja Percheron towarzysząca hotelowi, jest częścią tej perełki komunistycznej myśli architektonicznej. Jest jej częścią, ale sama w sobie prezentuje już całkowicie odmienny styl. Króluje tutaj elegancka prostota i nowoczesna oszczędność ozdobników. Także dominujące kolory - szarość i purpura, świadczą o tym, że Percheron jest dzieckiem znacznie lepszych, szczęśliwszych czasów. A to wszystko okraszone jest widokiem wyżej opisaną krakowską filię Wisły i wpleciony w nią Wawel. Swoją wizytę w Percheronie planowałem już od dawna. Kiedy tylko zobaczyłem ichniejsze menu, wiedziałem, że po prostu muszę tam się udać. No i nadeszła w końcu ta wiekopomna chwila... Dzień był wtedy słoneczny i upalny - nawet jak na standardy przełomu czerwca i lipca. Po krótkim spacerze bulwarem wiślanym, wkroczyłem do restauracji i już na dzień dobry Percheron zafundował mi pierwszą rozkosz - cudownie chłodne, klimatyzowane wnętrze. Dzięki niemu szybko zapomniałem o duchocie miejskiej dżungli latem, rozsiadłem się na narożnej sofie i rozpocząłem dokładne studiowanie menu, które niezwłocznie dostarczono. Jak wspominałem, o mojej wyprawie do Percheronu zdecydowało menu, a w szczególności jedna pozycja, której musiałem spróbować: Mille feuilles ze smażonego parmezanu z płatkami gruszek, buraczków i bazylii, przekładany kremem truflowym z kawałkami czekolady. Mille feuilles, czyli cieniutkie, układane naprzemiennie płatki różnych składników już od dłuższego czasu są jedną z moich ulubionych potraw, a tutaj niewielka cena (15 zł) stanowiła dodatkową zachętę. Z kolei bardzo odważne i niespotykane połączenie składników, obiecywało niezapomniane wrażenie. Ku mojemu zadowoleniu, gdy tylko mille feuilles pojawiło się na stole, rozpoczęło wywiązywanie się ze swej obietnicy. Zgrabnie ułożony kopczyk cieszył oko i z lekkim żalem przyszło mi zburzyć tę kompozycję. Po pierwszym kęsie wszelki żal zniknął, bowiem ogarnął mnie zachwyt w najczystszej formie. O dziwo słodycz gruszki i kawałków czekolady, przy bardzo delikatnym akompaniamencie cieniutkich plasterków buraka, doskonale współgrała z aromatem bazylii. Jednak nie byłoby tych wszystkich zachwytów, gdyby nie krem truflowy, który stanowił doskonałe spoiwo wszystkich smaków. Dodał on też wiele od siebie i połączył wszystko w jedną cudowną całość. Byłoby owo mille feuilles daniem idealnym, gdyby nie jeden drobniutki minus, a okazał się nim parmezan. Najwyraźniej w procesie smażenia stracił niestety swój intensywny i niepowtarzalny smak, stając się "bezbarwną" okładką. O ile przystawka wydawać się mogła ekstrawagancka, o tyle wybrane jako danie główne, pierogi ruskie były kwintesencją prostoty i polskiego tradycjonalizmu. Tutaj nie oczekiwałem już wielkich uniesień związanych, czy to z formą, czy też z treścią. Wątpiłem, że pierogi dostarczą tak wspaniałych doznań, ale nauczyłem się cenić dobre rzemiosło nie mniej niż sztukę. Konsumowane pierogi, okazały się właśnie przykładem owego przyzwoitego rzemiosła. Za 10 zł otrzymałem sporą porcję pierogów bogato okraszonych rumianymi skwarkami. Sam farsz był poprawny, choć bez zęba, bez charakteru, który zawładnąłby kubkami smakowymi, dopełniał jednak niezłej całości, którą pochłonąłem ze smakiem. I tylko do ciasta mógłbym się nieco przyczepić, bo miałem wrażenie, że bliżej mu było do ciasta na kopytka, niż na pierogi. Ucztę zwieńczyć postanowiłem Nugatem z prażonych orzechów laskowych w aromacie brandy i karmelu w otoczeniu zimnego jabłka. Zapowiadało się to naprawdę dobrze. Takie też było, ale do tego mocno zaskakiwało, bowiem nugat okazał się lodami nugatowymi. Nawet nie nugatem mrożonym, a właśnie lodami. Zjadłem je z ogromnym smakiem, bo co jak co, ale lody nugatowe, to ja akurat uwielbiam. Te nie były ani lepsze, ani gorsze od spotykanych wcześniej, ale nie był to nugat per se, więc choć ja rozczarowany nie byłem, wyobrażam sobie, że ktoś mógłby być, dlatego restauracja winna skorygować jedno z dwojga - menu lub deser. No i w ten właśnie sposób doszedłem do momentu, w którym musiałem opuścić to jakże przyjemne, klimatyzowane wnętrze i powrócić do upalnej rzeczywistości. Wychodząc wiedziałem ponad wszelką wątpliwość, że niebawem powrócę do Percherona, bo bez tego boskiego mille feullies długo nie wytrzymam, a przyjemności nie zwykłem sobie odmawiać. Wojtek Tagi: Percheron, Zwierzyniecka, restauracja, międzynarodowa, mille, feuilles, pierogi, ruskie, nugat | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków |