
Syndrom dnia poprzedniego (Deli Bar)Restauracja: Deli Bar (26.06.2009) Przystanek w Deli Barze okazał się dokładnie tym czego potrzebowałem: ciszę, spokój, dobre i tanie jedzenie oraz chwilę wytchnienia. Stało się... Nie myślałem, że nastąpi to tak szybko, nie planowałem tego i na pewno nie chciałem, ale stało się! Zdradziłem moją żonę, tę najlepszą z dam, a przecież od tak dawna jest moim ideałem. Uwielbiam jej bursztynową karnację, jej cudowny smak na mych ustach. Uwielbiam to, jak cudownie rozgrzewa me serce i nie tylko. A mimo to ją zdradziłem aż trzy razy tej jednej nocy.Absynt, Tequila, a na koniec najpospolitsze piwo - to z nimi zdradziłem Cię moja żono. To one zastąpiły mi tej nocy moją ukochaną whisky. A teraz było mi źle, bardzo źle. W sercu, głowie i żołądku wciąż czułem ciężar gatunkowy nocnych ekscesów, a przebudzenie z dala od mej kawalerskiej stanicy, pogarszało tylko ogólne samopoczucie. O ile na czysto fizjologiczne dolegliwości nie mogłem nijak poradzić, o tyle nastrój postanowiłem sobie choć w minimalnym stopniu poprawić wracając niezwłocznie do domu. Poranny (tego dnia poranek wypadł jakoś około godziny 14) spacer przez Kazimierz przekonał mnie, że zanim ponownie zwalę się na łóżko (tym razem swoje), będę musiał zapełnić żołądek czymś o konsystencji innej niż płynna. Jednak moja potrójna zdrada dokonała prawdziwego spustoszenia w mych finansach. Planowana uczta musiała zatem pozostać daleka od królewskich. Szczęśliwie po drodze napatoczył się Deli Bar, który zakomunikował, że ma dla mnie lunch za dychę, a ja stałem się kolejną "ofiarą" skutecznego marketingu. Dobrze też, że w knajpie nasi bratankowie Madziarzy dowodzili, którzy sami od "szklanek" nie stronią. Może nie poczuliby się urażeni, że ich kulinarną ambasadę wykorzystałem jako remedium na "syndrom dnia poprzedniego", czyli innymi słowy na pospolitego "kaca". Szczęśliwa passa utrzymała się także wewnątrz, bo akurat było pusto. Dodać do tego cichutką, spokojną kelnerkę, która przyjęła zamówienie na pierwszy lepszy zestaw lunchowy oraz sok pomarańczowy i oto znalazłem raj dla mężczyzny po nocnych przejściach. Jak w każdym raju, musiał się znaleźć i wąż, choć w tym przypadku na szczęście niezbyt groźny. Przybrał on formę "soku". Gdy ja potrzebowałem płynu możliwie najbardziej treściwego i zdrowego, dostałem pomarańczową wodę. Mimo to, w skutek niedawnego odwodnienia, "sok" pochłonąłem momentalnie, a na rajskie "jabłuszka" (i bynajmniej nie jest to aluzja do bezsprzecznych zalet miłej kelnerki, a jedynie niewinna metafora dotycząca nadchodzących potraw) przyszło mi czekać o suchym, za przeproszeniem co wrażliwszych dam, pysku. Czekanie szczęśliwie niebawem się zakończyło, a kelnerka dowiodła, że jest cudowną, współczującą kobietą. O ile oczywiście zestaw z wielowarzywną zupą węgierską wybrała dla mnie świadomie i z rozmysłem, bo gorący, aromatyczny bulion okazał się tym, czego potrzebuje każdy zmęczony życiem (nocnym) człowiek. Ciepło rozlewające się po ciele za sprawą zupy niosło ukojenie, zamiast obietnicy brutalnej windykacji zaciągniętych długów, jak w przypadku alkoholu. Tłuste "oka" na powierzchni, gwarantowały też łagodne przyswajanie zbawiennego dania. I tylko często gęsto pojawiające się warzywa nieco mnie niepokoiły, ale i one ostatecznie przyswojone zostały ze smakiem i bez reperkusji. Podobnie było z Porkoltem wołowym z galuszką. Choć spodziewałem się, że może być zbyt pikantny jak na mój ówczesny stan, to ostatecznie zaryzykowałem. W końcu, jeśli wódka neutralizuje palącą ostrość, to może odwrotnie też zadziała. Teoria, choć nie pozbawiona sensu, nie znalazła potwierdzenia w faktach, a węgierski gulasz (choć wcale nie tak pikantny) w cudowny sposób z kaca mnie nie wyleczył. Dostarczył za to intensywnych i przyjemnych doznań smakowych, które choć w niewielkim stopniu przywróciły mnie do życia. Przystanek w Deli Barze okazał się dokładnie tym czego potrzebowałem. Pozwolił odpocząć, a także dodał sił i zmotywował do ostatniego zrywu, który pozwolił dotrzeć do domu i własnego łóżka (które nawet puste, bywa spełnieniem marzeń). A odpływając w niebyt, towarzyszyła mi ostatnia tego dnia świadoma refleksja: "Za stary już jestem na takie ekscesy, zdecydowanie za stary..." Aleks Tagi: Deli, Bar, Meiselsa, restauracja, węgierska, lunch, porkolt, galuszka, zupa, warzywna mm: Węgierski rodowód gulaszu nie pozostawia wątpliwości, zatem należałoby się trzymać właściwej terminologii. To co nazywamy w Polsce gulaszem w jego ojczyźnie nazywano by Porkoltem, Tokaniem czy wreszcie Paprykarzem. O ile przeciętnemy zjadaczowi mięsa w sosie, tak Polskiemu jak i światowemu nie będzie przeszkadzała pewna umowność nazwy, o tyle od Aleksa, który wszakże jest smakoszem i recenzentem wymagałbym więcej ścisłości. Jak zresztą napisałem wcześniej złożyć należy tę nieścisłość na karb niedyspozycji, a nie niewiedzy. Hipo: Ja to bym się z tym nie do końca zgodził, bo bardzo często używa się określenia "gulasz" w stosunku do mięsa w gęstym sosie serwowanego jako danie główne, a nie jako zupa. mm: Rozumiem, że poprzednia noc była ciężka i jej skutki opłakane, niemniej Porkolt to nie jest gulasz. Gulasz to zupa. I tyle. Pozdrawiam | Autor: Aleks
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków |