Walentynki w restauracji Da Pietro
RestauracjeRecenzjeAktualnościRabatyKonkursy
Szukaj restauracji w Krakowie:

Morska przygoda (Milk&Co)

Restauracja: Milk&Co

Zachęcam wszystkich, by choć raz zaszaleli, udali się do Milk&Co i spędzili tam kilka smakowitych godzin.

Lubię zjeść, a nawet więcej, jeść wręcz uwielbiam. Po ponad roku naszych wspólnych wędrówek kulinarnych nikogo chyba to wyznanie nie zaskoczy. Ale przyznać się muszę do rzeczy jeszcze jednej, znacznie gorszej. Notorycznie dopuszczam się jednego z najcięższych grzechów - łakomstwa. Określenie "je ile widzi", jest może nieco przerysowane, jednak może dać pewne pojęcie na temat natury mojego grzechu. Próbuję z tym walczyć, ale moja silna wola, jest silną jedynie z nazwy, a miłość do jedzenia odnosi coraz to nowe zwycięstwa.

Świadomość własnej grzesznej natury wywołuje ambiwalentny stosunek do wszelkiego rodzaju "open barów", "bufetów bez ograniczeń", czy, jak ja lubię je nazywać, "AllYouCanEatów". Z jednej strony urzeka mnie idea jedzenia w ilościach ograniczonych jedynie własnymi możliwościami. Z drugiej strony objawy przejedzenia nieodłącznie towarzyszące "AllYouCanEatom" nie należą do najprzyjemniejszych. Mimo to wkraczałem do restauracji Milk&Co z ciekawością i entuzjazmem, bowiem tego sobotniego wieczora czekało na mnie specjalnie indyjskie wydanie bufetu Surf&Turf - jeden z niewielu nieograniczonych bufetów w naszym zacnym mieście. Wydarzenie to budziłoby jeszcze większą radość, gdyby nie fakt, że restauracja hotelu Radisson słynie z przysmaków dalekich moim gustom - ryb i owoców morza. Na szczęście bufet "ratował" jego hinduski charakter, bo to już smaki idealnie trafiające w moje gusta.

Gdy zająłem stolik w przytulnym kąciku obok sporego akwarium, z ciekawością i niecierpliwością zacząłem zerkać w stronę bardzo efektownego bufetu. Poczekałem jednak na Panią kelnerkę, by wyjaśniła zasady funkcjonowania całej imprezy i uchroniła mnie przed ewentualnymi faux pas. Kilka chwil później byłem już gotowy i ruszyłem na podbój nowych kulinarnych lądów. Poprzysięgłem sobie jednocześnie, nie brać tego wieczora żadnych jeńców, by nawet najegzotyczniejsze z potraw posmakowały zimnej stali moich sztućców.

Kucharze wierzyli widać z strategię zmasowanego ataku, bowiem od razu przypuścili rybno-morski szturm na mój hart ducha i niezłomną wolę. Nie ugiąłem się jednak i w pierwszym starciu mój talerz ozdobiła sałatka z owoców morza i kopru włoskiego, łosoś w ogórku oraz sałatka z makrelą. O ile sałatka rybna była niezła, łosoś w ogórku wręcz bardzo dobry, o tyle ostatnia z sałatek wystawiła moje determinację na ogromną próbę. Ostatecznie zjadłem ją starając się nie patrzyć na to, co jadłem, bo poza mackami i innymi odnóżami, były tam żeby, których nawet nie potrafiłam i nie chciałem identyfikować. Dzięki tej przygodzie mogę w końcu z czystym sumieniem powiedzieć, że owoców morza nie lubię, bo okazały "gumiaste" w formie i nijakie w smakowej treści.

Kolejna łupieżcza wyprawa, tym razem w rejony indyjskich przystawek, była już znacznie bardziej udana. Wśród zdobytych skarbów szczególnie do gustu przypadły mi wegetariańskie samosy, czyli tradycyjne podsmażane pierożki. Szaszłykom, czy panierowanym cebulowym krążkom też nic zarzucić nie mogłem. Jednak najwartościowszym smakowym łupem okazał się sos, w którym po raz pierwszy doświadczyłem połączenia owocowego smaku (przypominało to żurawinę z domieszką malin, ale czym było, nie sposób powiedzieć) z intensywnym aromatem kuminu. Sos ten wprawił mnie w tak dobry nastrój i napełnił taką zuchwałością, że porwałem się ze swym stołowym orężem na kolejnego przedstawiciela morskiej fauny - krewetkę zapiekaną w cieście. Tutaj spotkała mnie bardzo miła niespodzianka, bowiem krewetka okazała jak najbardziej zjadliwa i z własnej nieprzymuszonej woli poszedłem po ich dokładkę.

Po zasłużonym odpoczynku i regeneracji sił, przyszedł czas na bardziej zdecydowane działania. Ominąwszy wystawę ze świeżych i dość egzotycznych ryb, które kucharz przygotowywał dla gości wedle ich życzeń, po raz kolejny obrałem kurs na cele pływające pod indyjską banderą i podszedłem do abordażu na półmiski zawierające dania obiadowe. Pierwsze uderzenie przypuściłem na półmiski z zupami. Zarówno krem z soczewicy, jak i zupa z kurczaka z trawą cytrynową nie rozczarowały. Pierwsza oferowała bardzo oryginalny, niespotykany w kuchni europejskiej smak. Druga mile flirtowała z podniebieniem pikantnymi akcentami, zawdzięczanymi kawałkom ostrych papryczek.

Zupy jednak stanowiły tylko awangardę głównych sił indyjskich. Pierwszy ich reprezentant - Palak Paneer, czyli bogato przyprawiony szpinak z indyjskim serem nieco zawiódł. Sera nie było wiele, a przyprawienie bynajmniej bogactwem nie zachwycało. Postanowiłem ograniczyć rolę szpinaku do warzywnego dodatku do mięsnych dań głównych. Tutaj nie mogło zabraknąć dwóch najbardziej chyba znanych przedstawicieli kuchni indyjskiej - oraz kurczaka Tikka Masala oraz Curry w wersji z jagnięciną. Oba te dania bardzo lubię, oba okazały się smaczne i sycące, jednak oferowane były w wersji "ugrzecznionej". Mam wrażenie, że był to kompromis pomiędzy prawdziwie indyjskim charakterem z ogromną ilością aromatycznych przypraw, a często konserwatywnymi w tym względzie gustami Polaków. Mimo to, dokładki curry z jagnięciną odmówić sobie nie potrafiłem.

Na zakończenie moich emocjonujących wojaży porzuciłem morskie środowisko i udałem się na słodkie wody. Tam czekał spory wybór deserów, jednak o ile tradycyjne ciasta nie wyróżniały się niczym specjalnym, o tyle jeden z indyjskich deserów (nazwy niestety nigdzie nie zlokalizowałem) był dla mnie całkowitym novum. Niewielkie placuszki, które przypominały konsystencją i smakiem serek homogenizowany z dodatkiem żelatyny, zatopione zostały w słodkim sosie na bazie typowego dla Indii jogurtu. Sos ten dodatkowo wzbogacały równie typowe przyprawy, jak imbir czy cynamon. Wszystko razem tworzyło bardzo smakowitą całość i stanowiło doskonałe zwieńczenie udanego wieczoru i kilkugodzinnej konsumpcji.

Spacerując potem po wieczornym Rynku, w skazanej na niepowodzenie próbie spalenia choć części przyswojonych kalorii, powróciłem myślami do bufetu Surf&Turf i doszedłem do wniosku, że idea taka bardzo mi się podoba. Poziom dań, był, co prawda, różny, jednak ich mnogość, miła atmosfera oraz fachowa obsługa uczyniły ten wieczór wyjątkowym. Zachęcam wszystkich, by choć raz zaszaleli (niestety cena - 120zł - może być niemal zaporowa), udali się do Milk&Co i spędzili tam kilka smakowitych godzin.

Wojtek

Więcej na temat restauracji

Tagi: Milk&Co, Radisson, Surf&Turf, nieograniczony, bufet, kuchnia, indyjska, ryby, owoce_morza, łosoś, koper_włoski, makrela, samosa, szaszłyk, krewetki, soczewica, zupa, palak, paneer, szpinak, kurczak, tikka, masala, curry, jagnięcina, wieczór, kolacja


Wpisz komentarz:
Podpis:
E-mail (nie pokazujemy go):
Przepisz wyrazy:
Autor: Wojtek

Twórczy, pełen sprzeczności, wesoły i czasami niepoważny. Najważniejsza jest dla mnie praca twórcza i myślenie koncepcyjne. A jedzenie... zawsze i wszędzie, słodko i ostro.

Dowiedz się więcej
 
Polecamy:
Popularne tagi:
restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków
Copyright © 2008 Głębia Smaku   ::  Autorzy   Partnerzy   Regulamin   O nas   Współpraca   Kontakt   Newsletter