
W hołdzie pradziadkowi (Kawaleria)(13.04.2009) Posiedzieć, popatrzeć na niedbale wciśniętego w kąt konika na biegunach, zadumać się nad czasem, który przeminął i został tylko na fotografiach w sepii, zjeść maczankę - to dobry pomysł na prawdziwie krakowskie popołudnie. Wnętrze Kawalerii od razu wydało mi się nad wyraz intrygujące. To pomieszanie nowego ze starym, błękitu z brązem, powagi z przymrużeniem oka. Te zacne stuletnie zdjęcia w sepii na ścianie oraz niedbale wciśnięty w kąt konik na biegunach. Ta miła memu sercu przestrzeń, a jednocześnie niepokojący brak jakichkolwiek klientów. Ten szalony pomysł stworzenia raczej drogiej (a na pewno nie taniej restauracji) na ulicy Gołębiej, którą pomykają głównie studenci poszukujący posiłku sytego, a taniego. Postanowiłam, że tu wrócę.Za drugim razem w restauracji są goście. Może nie jakieś nieprzebrane tłumy, ale w największej sali usadowiła się wygodnie grupa cudzoziemców, a i w sali z nowoczesnym barem ze dwa stoliki są zajęte. Wybieramy salę dla palących, wcale nie dlatego, żeby dać upust zgubnemu nałogowi, ale ponieważ jest to jedyna wolna sala, a właśnie mamy ochotę na odrobinę prywatności. Pomysł okazuje się dobry - w czasie dwugodzinnej kolacji nikt do nas nie dołącza, a naszą samotność przerywa jedynie opuszczająca lokal grupa obcokrajowców oraz dwie obsługujące nas na zmianę kelnerki (dlaczego dwie? Wolę, gdy zajmuje się mną jedna osoba, łatwiej wtedy o nawiązanie tego na swój sposób intymnego kontaktu między klientem a kelnerem). Zaczynamy od zupy, o której wiemy już - z poprzedniej pospiesznej wizyty - że jest boska. Zupa serowa z boczkiem i grzankami (15 zł) - właściwie ta nazwa mówi wszystko. Zupa serowa w ogóle jest tak smaczna, że nie rozumiem, czemu nie jest stałym gościem na polskich stołach, bo przecież czego jak czego, ale żółtego sera w sklepach nie brakuje. W Kawalerii łagodny smak sera cudownie przełamany jest intensywnym aromatem skwarków z boczku. Grzanki to dwa średniej wielkości trójkąciki, które, niestety, pływają w zupie, co je naraża na szybkie rozmoknięcie. Szkoda, że potrawy choćby symbolicznie nie przyozdobiono czymś zielonym - odrobina natki pietruszki ładnie by przełamała jej bladożółty kolor. Wątróbka drobiowa smażona z chrupiącą cebulką w aromacie cherry (17 zł) mnie rozczarowała. Słabo wysmażone różowe mięsko, na nim potężna kopa kiełków, a po bokach cztery kawałki jabłka; całość nie tyle oblana, co ozdobiona przyjemnie brunatnym sosem. Wszystko jakieś takie delikatniutkie, francuskie, przekombinowane. Wątróbka to produkt nieskomplikowany i swojski, więc lubię ją przyrządzoną jak najprościej - mocno wysmażoną, z całą masą cebulki i odrobiną jabłka. (W ramach przystawek gorących podawana jest również grasica cielęca w aromacie krupniku i imbiru podana z pieczonym czosnkiem i jabłkiem, jednak ja od czasu oglądnięcia "Hannibala" mam uraz do grasicy :)). Jako danie główne zamawiamy tradycyjną maczankę po krakowsku (23 zł). Maczanka to taki słowiański hamburger - dwie mokre od sosu połowy bułki przełożone solidnym kawałem schabu. Wieprzowina jest mięciutka, sosu nie pożałowano - danie jest sycące i pyszne, a jego krakowski rodowód napełnia mnie dumą. Idealna potrawa dla gości spoza Krakowa, a i przed tymi spoza Polski nie byłoby się czego wstydzić. Tylko... znowu brakuje mi czegoś zielonego dla ozdoby (a mam tu na myśli swojską pietruszkę, a nie górę kiełków). Buraczki zasmażane (8 zł) są takie jak lubię - delikatne i słodkawe. Wolałabym tylko, żeby były drobniej zmielone. Kolejne danie główne to polędwiczka wieprzowa zapiekana z oscypkiem podana z opiekanymi ziemniaczkami (42 zł). Niby wszystko jest dobrze - mięso jest miękkie i smaczne, a zestawienie wieprzowiny z oscypkiem interesujące i zupełnie trafione. Ziemniaczki są apetycznie podpieczone. A jednak całość nie powala, brak jej tej niezdefiniowanej iskry Bożej. Bukiet sałat z sosem winegret (8 zł) robi imponujące wrażenie ze względu na ilość gatunków sałat, jakie wchodzą w jego skład (rukola, sałata lodowa, kiełki i inne), natomiast jest niezwykle uciążliwy w obsłudze, ponieważ sałaty tworzą przedziwną plątaninę. Na koniec nieco słodyczy. Mam szczerą nadzieję, że recenzji tej nie przeczyta moja Babcia, gdyż to, co zaraz napiszę jest szokujące nawet dla mnie, a co dopiero dla przedstawicielki o wiele bardziej oszczędnego pokolenia. Zamówiliśmy zapiekane śliwki z migdałami na sosie amaretto (18 zł). Śliwki były dwie. Powtarzam - dwie. Powtarzam jeszcze raz - dwie. Dwie śliwki za osiemnaście złotych. Umieszczone na wielkim talerzu - połówka w każdym rogu, przykryte odrobiną kruszonki (lokalna odmiana crumble), ozdobione niezwykle aromatycznym sosem amaretto. Nawet smaczne te śliweczki, ale - na Boga! - osiemnaście złotych za dwie śliwki to zbrodnia w biały dzień. Ciasto czekoladowe w sosie z białej czekolady z aromatem szampana (14 zł) wprawiło mnie w dobry humor, po pierwsze bo było bardzo dobre i naprawdę czekoladowe, a po drugie, ponieważ jest to ciasto, które dosyć często sama robię. Tyle, że ja znam je jako ciasto poczwórnie czekoladowe mojej ulubionej Nigelli Lawson. W kawaleryjskim wydaniu czekoladowość jest tylko podwójna, ponieważ zamiast syropu czekoladowego oraz wiórków czekolady (które stanowią trzeci i czwarty czekoladowy akcent), zostało ono posypane cukrem pudrem oraz oblane sosem z białej czekolady, gęstym i pysznym. Poczułam się więc prawdziwie profesjonalnie i ze smakiem zjadłam kawałek ciasta, który na szczęście był wcale niemały. Oba desery ozdobiono bitą śmietaną (która najwyraźniej jest tu dodawana niejako z urzędu do każdego deseru - moim zdaniem trochę bezmyślny zwyczaj) oraz smaczną pałeczką z białej czekolady. Obiad popiliśmy karafką argentyńskiego czerwonego wina Astica Tempranillo Malbec (50 cl za 30 zł), które ładnie wydobyło smak czerwonych mięs. Druga wizyta w Kawalerii okazała się nieco mniej udana niż pierwsza. Potrawy, które nam za pierwszym razem smakowały i po raz drugi nie zawiodły, natomiast na pozostałe nie zdecydowałabym się po raz kolejny (nie że były złe - po prostu nie były też wybitne). Poza tym restauracja najwyraźniej aspirująca do górnej półki powinna oferować gościom darmową przystawkę (choć z drugiej strony trudno się spodziewać gestu po kimś, kto za dwie śliweczki liczy sobie 18 zł). Na stronie internetowej Kawalerii właścicielka powołuje się na swojego pradziadka, który w latach 20-tych był komendantem Szkoły Kawalerii w Grudziądzu. Później zaznacza, że ideą restauracji jest "łączenia tradycji z dworów szlacheckich ze współczesnymi trendami". Ja wolałabym, żeby skupiła się na odtworzeniu tych pierwszych, bo zdecydowanie potrawy z tego nurtu smakowały mi najbardziej. Posiedzieć, popatrzeć na niedbale wciśniętego w kąt konika na biegunach, zadumać się nad czasem, który przeminął i został tylko na fotografiach w sepii, zjeść maczankę - to dobry pomysł na prawdziwie krakowskie popołudnie. Gabriela Tagi: Kawaleria, Gołębia, restauracja, staropolska, polska, zupa, serowa, wątróbka, maczanka, buraczki, polędwiczka, wieprzowa, śliwki, ciasto, czekoladowe | Autor: Gabriela
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków |