
Dziewczynka z przysmakami (Aperitif)Restauracja: Aperitif (10.01.2009) Przekonałem się, że restauracja jest godna kolejnych odwiedzin i gorącego polecania wszystkim znajomym (i nie tylko im), co też niniejszym czynię. Ulica Sienna nigdy nie należała do najmodniejszych czy najdroższych, wśród ulic promieniście odchodzących od Rynku nie aspirowała też nigdy do miana najpiękniejszej czy najznamienitszej. Wręcz przeciwnie, jeśli miałbym określić ją w kilku słowach, powiedziałbym "skromna i staroświecka". W całym ścisłym centrum to chyba ona najdłużej opierała się komercjalizacji i trendowi, że na każdym z rogów musi być bank, a na całej długości rozsianych przynajmniej kilka drogich restauracji. A na Siennej były słynne zapiekanki (choć moim zdaniem wcale nie tak wspaniałe), była jadłodajnia pani Anny Kwaśniewskiej (niestety nie zdążyłem odwiedzić tego kultowego ponoć miejsca) i skromne delikatesy (które powstały w miejsce muzycznej świątyni lat 90 - sklep Music Corner). Instytucje finansowe także tutaj zaistniały, a jakże... w postaci dwóch czy trzech bankomatów i domu maklerskiego na Małym Rynku.Obraz ten jednak uległ, i nadal ulega, zmianom. Rewitalizacja Małego Rynku stała się motorem napędowym przemian. Co prawda "Zapiekanki" nadal stoją tam, gdzie stały, zniknęła jednak (zapewne bezpowrotnie) Jadłodajnia Anny Kwaśniewskiej, zniknęły też delikatesy... I to właśnie na ich miejscu powstała restauracja Aperitif. Na szczęście miejsca, które pamiętałem z dzieciństwa i młodości, nie zostały zastąpione kolejną bezduszną, bezosobową, przereklamowaną i przepłacaną "turystyczną stołówką". Aperitif to coś z pogranicza włoskiej trattorii, francuskiej małomiasteczkowej restauracyjki oraz polskiego dworku, skromnego, ale zawsze gościnnego. Do tego stopnia gościnnego, że mam wrażenie, iż nawet gdybym siedział tutaj sam, to nie czułbym się w żaden sposób skrępowany, czy, co gorsza, niechciany. Siedząc tak i zajadając się przystawką - różnymi rodzajami świeżo wypiekanego pieczywa z masłem zwykłym i czosnkowym - którą każdy z gości otrzymuje od restauracji, obserwowałem, jak toczy się późnojesienne życie na ulicy Siennej. Zaczynało robić się szaro - zapowiedź rychłego zmierzchu, z nieba mżył ni to deszcz, ni to śnieg, a ludzie - niczym dziewczynka z zapałkami z bajki Hansa Christiana Andersena - zazdrośnie zaglądali do wnętrza restauracji bijącej niemal namacalnym ciepłem i przytulnością. Ale po chwili moją uwagę przykuła inna dziewczynka, tym razem z przysmakami, która właśnie podała pierwsze z zamówionych dań - Millefeullie (czy jak ja wolę nazywać je z włoska - millefoglie) z oscypka z bakłażanem, pomidorem i świeżą bazylią. Wszystko to zostało zgrabnie owinięte papierem ryżowym oraz obficie pokropione oliwą oraz octem balsamicznym. Danie okazało się smaczne, aczkolwiek wolałbym nieco cieńsze plastry bakłażana, a co za tym idzie więcej warstw. Wyboru składników do oscypka także dokonałbym innego, ale nie chcę tutaj wchodzić w kompetencje szefa kuchni, bo i tak Millefeullie z pewnością warte było swojej ceny 17 zł. Jako danie główne wybrałem Tournedo z wołowiny w sosie z serów pleśniowych. Było to dla mnie pewne novum, bowiem do tej pory preferowałem mięsa drobno krojone (w formie np. gulaszów) lub mocno rozbite (schabowe zawsze lubiłem jak najcieńsze), a przy tym bardzo dobrze wysmażone (które delikatniejsze podniebienia uznać by nawet mogły za przypalone). Tournedo w żadnym punkcie z moimi upodobaniami nie było zbieżne. Z tym większą ciekawością, ale i obawą, czekałem na zamówienie. Po kolejnej wizycie dziewczynki z przysmakami na stole pozostało niewielkie dzieło sztuki. Tło stanowił prosty, biały talerz, a na całej jego powierzchni lekko pomarańczowy sos. Na drugim planie znajdowały się pieczone ziemniaczane półksiężyce oraz wzgórze fasolki szparagowej. Gwiazdami tej kuchennej produkcji były natomiast dwa duże kawałki mięsa (aż chciało by się rzecz "kawały") w kolorze ciemnego brązu. Jak każda gwiazda, i one nie mogły się obyć bez odrobiny "biżuterii" w postaci panierowanych i smażonych cebulowych piórek. Całość prezentowała się iście po królewsku. A co najważniejsze, wrażenia smakowe nie ustępowały wizualnym ani odrobinę. Mięso, dzięki masywnym, nierozbitym kawałkom zostało mocno przypieczone z zewnątrz, a wewnątrz, pozostało soczyste i na skraju krwistości. I to był klucz do jego sukcesu. Nie bez znaczenia pozostał też przepyszny sos z serów pleśniowych z domieszką chili, dzięki któremu zyskał on nie tylko delikatnie pomarańczowy kolor, ale i wyczuwalną ostrość. Dodać do tego pyszne ziemniaki i idealną fasolkę szparagową i tak oto mamy danie prawie idealne. Oczywiście cena też słuszna, bo aż 49 zł, ale w tym przypadku owo "aż" nie jest adekwatnie, bo Tournedo warte było swojej wagi w złocie.
Choć na tym etapie znajomości z restauracją Aperitif bylem już bardzo najedzony, nie mogłem odmówić sobie deseru, bo Parfait z białej czekolady, z makiem i sosem malinowym zapowiadał się rewelacyjnie - przynajmniej "na papierze". W rzeczywistości formą zostałem nieco rozczarowany, bowiem parfait, zamiast warstwowym, mrożonym deserem w kielichu, jakiego się spodziewałem, okazał się dwoma kawałkami lodów z makową posypką i sosem malinowym. Smakowo poprawny, dobry nawet, nie stanowił jednak eksplozji niebiańskich doznań, na jakie miałem nadzieję - przypominał lody śmietankowe o bardzo miłej dla podniebienia konsystencji.
Mimo to popołudnie spędzone w Aperitifie zaliczyć mogę do bardzo udanych. Przekonałem się, że restauracja jest godna kolejnych odwiedzin i gorącego polecania wszystkim znajomym (i nie tylko im), co też niniejszym czynię. Wojtek Tagi: Aperitif, Sienna, restauracja, zapiekanki, millefeullie, oscypek, bakłażan, tournedo, wołowe, parfait smakosz: Jadłodajnia przeniesiona została na Pl.Boh.Getta(na rogu ulicy Kacik obok banku)nie z winy Pani Anny tylko klasztor wymowil im umowe po prawie 78 latach robert: Jadłodajnia Anny Kwaśniewskiej działa od tygodnia przy ulicy Na Zjeździe 10 (obok biurowca banku BPH)... naprawdę dobre jedzenie mają!!! Jurek: szukajac czegos nowego zaliczyłem kontrolnie."Ale to już byłoi nie wroci wiecej" Popłuczyny po dawnym bardzo solidnym Metropolitanie.Sorki nie polecam krakusek: Wizyta w Aperitifie wypadla na plus. Na przystawke jadlem krewetki Tigery, byly bardzo dobre, choc preferuje wiecej czosnku w tym daniu. Wolowy steak tez byl calkiem niezly, tylko to tagliatelle malo mi do niego pasowalo. Wystarczylby sam szpinak mysle. Deserw postaci wisniowego cremu brulee tez calkiem niezly. Do plusow zaliczyc nalezy serwis - kelner przedstawil specials of the day,ktorych nie bylo w karcie - to na plus. Na minus - kelnerka nie zapytala nas po daniu o glownym o deser, siedzielismy 15 min az sami poprosilismy ja o karte deserow. Generalnie miejsce warte polecenia i wkrotce tam wrocimy. Koszt za osobe okolo 90 zl bez wina. mała: odwiedziłam aperitif w weekend, chętnie tam jeszcze wrócę:) wizytor: Desery to moja ulubiona część programu- w Restauracji Aperitif zwieńczeniem mojej kolacji był Creme brule i muszę przyznać trafiłem w 10'tkę :) | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków |