
Zstępowanie do Głębi (Magma)(22.12.2008) Na pewno tu jeszcze powrócę, czy to do ogródka na colę z lodem, czy też na kanapę, by zjeść coś pysznego. Środek lata, żar leje się z nieba, przez ulicę Szeroką przewalają się kolejne wycieczki z Izraela. Te starsze na próżno szukają Kazimierza, jaki pamiętają z lat młodości lub znają z opowieści krewnych. Te młodsze dochodzą do wniosku, że nie jest tak źle, jak się spodziewały, że po odbębnieniu przymusowego rajdu po synagogach można chyba tutaj nieźle poimprezować. A ja sobie w ogródku Magmy siedzę i to obserwuję, sączę colę z lodem i cytrynką i prowadzę długie rozmowy na tematy wszelakie z moją bliską przyjaciółką. Teraz przewijamy tę sielankę kilkanaście miesięcy do przodu. Jest kilka minut po piętnastej, a na Szerokiej już zapada zmrok, z nieba leje się co najwyżej marznąca mżawka, a ja po raz kolejny włóczę się samotnie po Kazimierzu. Opuszczony przez kobietę, przez przyjaciół i rodzinę, przy boku nie ma już nawet wiernego psa... No dobrze, dałem się tutaj ponieść fantazji i nastrojowi, kreując się niemal na bohatera filmu noir. Prawda jest znacznie bardziej prozaiczna - skończyłem "pracę", ale że w domu nikt i nic na mnie specjalnie nie czekało, postanowiłem odwiedzić miejsce, gdzie jeszcze nie tak dawno bywałem tak często. Ze względu na porę dnia i roku wybrać musiałem tym razem wnętrze, a budzący się głód sprawił, że zamiast, a raczej obok, coli z lodem i cytryną, postanowiłem zamówić także posiłek. Do wnętrza już zdarzało mi się wcześniej zaglądać. Zawsze budziło dość pozytywne skojarzenia, zatem wkroczyłem tam bez strachu. Wybrałem salę pierwszą, przy barze, bo tylko tam są kanapy, w drugiej królują typowo restauracyjne stoliki i krzesła. Przebywając tutaj dłużej, zacząłem się poważnie zastanawiać, czemu nazwa jest taka, a nie inna. Z Magmą, czy też, jak kto woli, lawą, nie kojarzy się tutaj absolutnie nic, a szkoda, bo nazwa fajna. A wystarczyłoby tak niewiele, chociażby zmiana koloru ścian. Może nie na "zimny i brudny, twardy i plugawy", ale kombinacja szarości wyglądałaby już znacznie lepiej od pomarańczu, szczególnie, jeśli przetykana byłaby intensywną czerwienią i wspomnianym pomarańczem, symbolizującymi "wewnętrzny, niewygasły ogień". Ognia w sobie zdecydowanie nie miała pani kelnerka. Sprawiała wrażenie w najlepszym wypadku nieobecnej, a najgorszym obrażonej na cały świat, a w szczególności na klientów. Jej strój także pozostawiał wiele do życzenia, na dobrą sprawę dopóki nie podała menu, nie mógłbym podejrzewać nawet, że jest ona częścią personelu. Ale się ujawniła, a mi pozostało tylko coś wybrać. Zdecydowałem się na Filet z indyka pieczony z gruszką, serem Camembert i żurawiną oraz smażone ziemniaki. Gdy czekałem na obiad powróciły akcenty detektywistyczne. Tym razem już nie w formie skojarzeń do filmów noir, ale w formie bardziej namacalnej wizualnie i kształcie pedantycznego detektywa z popularnego ostatnio serialu, który to puszczony był akurat na restauracyjnej plazmie. Miałem nadzieję, że mój posiłek zostanie przygotowany z taką samą dbałością o szczegóły, jaką cechuje się tytułowy Detektyw Monk. Niestety pierwsze wrażenie tego nie zapowiadało, a rzeczą, która od razu rzuciła się w oczy, był zbyt mały talerz, na którym z trudem mieścił się cały posiłek. Nie zostawiło to też miejsca na wszelkie ozdobniki. Fakt, nie są one zbyt ważne, ale w takim miejscu jednak bym się ich spodziewał. Ale czas nadszedł najwyższy, by "plować na tę zewnętrzną skorupę i zstąpić do smakowej głębi". Tej na szczęście nie zabrakło. Indyk okazał się bardzo smaczny, pieczony dokładnie tyle, ile trzeba - pozbawiony najdrobniejszych nawet śladów surowości, ale wciąż soczysty. Podczas pieczenia nie towarzyszyło mu też najpewniej zbyt wiele ziół, bowiem jedynym aromatem był ten naturalny, typowo indyczy. Gruszka, zamaskowana niemal jak ziemniak, okazała się bardzo delikatna, ale nie mdła, i na pewno nie przesadnie słodka. Na tym delikatnym i subtelnym tle bardzo wyraziście zarysowywała się żurawina w formie konfitury. Wszystko to uzupełniał Camembert, który dla tej potrawy był niczym smar dla doskonale funkcjonującej maszynerii. Kluczowe znaczenie miało tutaj właściwa kompozycja poszczególnych elementów w każdym kęsie. Przede wszystkim musiałem uważać z żurawiną, bo jej nadmiar mógł zagłuszyć pozostałe smaki, a to było niewskazane, bo przy proporcjach właściwych potrawa była naprawdę wyborna. Niezłe były także ziemniaczane talarki, choć bardziej
podpiekane niż smażone. Jednak najciekawsze zdarzenie nie miało związku
z ich wartością kulinarną, a raczej artystyczną. A było to tak... Jak
wspomniałem, talerz był zdecydowanie za mały, więc było kwestią czasu,
aż jeden z talarków znajdzie się poza nim. Uciekinier ostatecznie
wylądował na podłodze, a ja, jako osoba ceniąca sobie porządek
(przynajmniej kiedy nie jestem u siebie) podniosłem go i odłożyłem na
jedną z serwetek. Gdy skończyłem jeść, ziemniak powrócił na talerz, a
na serwetce pozostał... promienny uśmiech. I to chyba był impuls także
dla Pani kelnerki, bo jej ton stał się przyjemniejszy dla ucha i nawet
się raz czy drugi uśmiechnęła. Choć można to też tłumaczyć staraniami o
jak najwyższy rachunek, ale wolę mniej przyziemne wytłumaczenie tego
faktu.Przyziemność natomiast powróciła przy okazji rachunku. Może nie był on przesadnie wysoki, ale do najtańszych też nie należał, jednak indyk był tego warty, a Magma okazała się miłym miejscem na spędzenie czasu także samemu. I dlatego jeszcze tam na pewno powrócę, czy to do ogródka na colę z lodem, czy też na kanapę, by zjeść coś pysznego. Wojtek Tagi: Magma, Szeroka, restauracja, wspomnienia, indyk, gruszka, camembert, lawa, śmieszne | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |