
"To co zwykle" (Starka)Restauracja: Starka (12.12.2008) Dziękuję Asi, Gabrielowi, Natalii i reszcie przemiłego personelu za uczynienie mojej pracy, a także każdej wizyty, przyjemnością. Czy macie takie miejsce, gdzie czujecie się jak w domu? Czy jest taka restauracja, kawiarnia czy klub, gdzie wchodzicie jak do siebie? Czy jest takie miejsce, gdzie nie witają Was anonimowe postacie, zmieniające się do tego co kilka tygodni, ale serdeczny personel, z którym w większości jesteście na "ty"? Ja zawsze chciałem mieć takie miejsce, gdzie siadając przy barze mogę spokojnie powiedzieć "To co zwykle", gdzie z przyjemnością zabieram znajomych czy, w końcu, gdzie nie raz zdarzyło mi się także pracować. I znalazłem takie miejsce - to restauracja Starka.Po raz pierwszy trafiłem tam, gdy znajomy na próżno poszukiwał tam poprzedniej inkarnacji tego miejsca - restauracji Stolarnia. Wtedy Starka sprawiała wrażenie miejsca na siłę wtłoczonego w krajobraz Kazimierza, w którym to krajobrazie ewidentnie się dusiła. Odniosłem wrażenie, że miejsce, a w szczególności jego atmosfera, jest, mówiąc kolokwialnie, sztywna. Gdy jakiś czas później przemierzałem ulicę Józefa i zobaczyłem, że Starka przechodzi "odświeżenie", postanowiłem, że dam jej jeszcze jedną szansę i zawitam tam, gdy tylko na powrót się otworzy. Wystrój na pierwszy rzut oka nie zmienił się w ogóle. I dobrze, bo już przy pierwszej wizycie wzbudził on we mnie bardzo pozytywne odczucia i był jedną z głównych przyczyn, dla których zdecydowałem się do Starki wrócić. Czerwone ściany zostały tutaj gęsto usiane szkicami (ołówkiem i węglem), które na myśl przywodzą mieszczańską atmosferę początków minionego wieku. Do tego sufity, co prawda z obelkowaniem, jednak dalekie bardzo od stylu chłopskiego, stanowiące doskonałe uzupełnienie wystroju. Co ważne, nigdy też nie ma tutaj oślepiającej jasności, wieczorami panuje wręcz delikatny półmrok, który, co prawda, może nie ułatwiać jedzenia, ale z pewnością tworzy wspaniały klimat i sprawia, że nie chce się stąd wychodzić. Tajemnicą pozostaje dla mnie tylko, jak, bez wyraźniej ingerencji w wystrój, udało się tak diametralnie zmienić odbiór wnętrza i całej restauracji. Jakkolwiek by do tego nie doszło, chwała za to pani Asi i całemu personelowi Starki. Pora teraz przejść do jedzenia, bo i materiał poglądowy spory, jako że Starka jest jedną z tych niewielu restauracji, gdzie jadać zdarza mi się wcale często. Zacznę od lunchów, które w Starce zjeść można za niezbyt wygórowaną kwotę 17 zł. Jadłem ich kilka i nigdy nie miałem im nic do zarzucenia. Czasem wzbudzały zachwyt, czasem były po prostu dobre. Natomiast raz przy okazji lunchu miała sytuacja, która już permanentnie przywiązała mnie do Starki... Znając moje upodobania do pikanterii, pani właścicielka Asia poleciła obsłudze szybką wycieczkę na Plac Nowy po świeże chilli, by nadać lunchowi wyjątkowo ostry charakter. Co ważniejsze, jestem niemal pewien, że identycznie potraktowany zostałby każdy gość proszący o wyjątkową ostrość. Nie mogę też nie wspomnieć tutaj o sałatce z grillowanym kurczakiem, w którym ponadto znaleźć można żurawinę, kiełki słonecznika, nerkowce oraz mus bazyliowy. Połączenie to smakuje rewelacyjnie, szczególnie, że nigdy nie widziałem, żeby pożałowano kurczaka, czy, mojej ulubionej, żurawiny. I tak doszedłem do mojej ostatniej przygody ze Starką, tym razem była to pełna, trzydaniowa obiado-kolacja. Zaczęło się od sałaty z łososiem ze świeżymi figami, pomarańczami, limonką i kawałkami awokado. W normalnych warunkach na tę sałatkę nigdy bym się nie zdecydował, bo spośród ryb, łososia darzę szczególną niechęcią, ale zaciekawiła mnie kombinacja składników. Na moje szczęście aromat łososia była bardzo delikatny, choć jego miłośnicy z pewnością uznaliby to za poważne niedociągnięcie. Inne składniki współpracowały ze sobą już bez zgrzytów i niedomówień... Z jednym wyjątkiem, bowiem limonka była tutaj osobnikiem jakby nie z tej bajki - jej intensywny smak potrafił skutecznie wytłumić pozostałe smaki i aromaty. Na szczęście tegoż elementu wywrotowego nie było wiele, więc danie to mogłem zaliczyć do udanych. Daniem głównym była kacza pierś w sosie miodowo-tymiankowym. Mięso zostało pokrojone w cieniutkie plasterki, przez co wyglądało bardzo skromnie jeśli idzie o ilość, jednak w trakcie jedzenia już się tego nie czuło. Smakowo było poprawnie, ale ja po raz kolejny przekonałem się, że kaczka nie przemawia do moich kubków smakowych i wolę drób bardziej pospolity. Nie mogło się też oczywiście obyć bez deseru. Było to moje pierwsze spotkanie ze słodką stroną Starki (nie licząc piękniejszej części obsługi ;) ), na przeciw wyszło mi ciasto czekoladowe z Kahluą. Jak na czekoladowy smak (który także to moich ulubionych nie należy), było to bardzo smakowite, tylko Kahlua'y trochę za mało. Poza tym i tak każde ciasto blednie wobec mojego własnego wyrobu, który kiedyś może uda mi się do którejś restauracji "sprzedać". Tak czy inaczej cieszę się bardzo, że Starka istnieje i zawsze z przyjemnością tam wracam, bo miło i nie za drogo. Dziękuję też Asi, Gabrielowi, Natalii i reszcie przemiłego personelu za uczynienie mojej pracy przyjemnością. Wojtek Tagi: Starka, Józefa, Kazimierz, restauracja, lunch, sałatka, kaczka, ciasto, obsługa, atmosfera | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, Kraków, Walentynki_2012, Walentynki, Sylwester_Kraków, Sylwester_2011, Sylwester, konkurs, Pałac_w_Paszkówce, Aquarius, sushi, Solna_Grota, Da_Pietro, Zimowe_Smakowisko, Paszkówka, Le_Scandale, Smakowisko, zniżka, Skansen_Smaków |