Magda Zwana Henrykiem. Spontaniczna-przewidywalna, kobieta-dziecko, osobnik szalony i melancholijny. Z uczuciami na wierzchu.
- Kto jest kim: Magda, kobieta, lat 23, studentka edytorstwa
- Pomysł na życie: poszukiwania smakowe, brzmieniowe i wizualne.
- Co kocha: literaturę, malarstwo, muzykę alternatywną, ludzi z "otwartymi głowami" i wariactwem w spojrzeniu.
- Po za tym jaka jest: rozwinięta zmysłowo, nie lubi rzeczy nijakich, tandetnych, niedookreślonych. Frapująca uszy i oczy estetyka jest tym co lubi najbardziej.
- Smak poprzedzany przez zapach. Musi być nęcący, tajemniczy, mętnie intrygujący. Preferuje smaki mdłe i leniwe, oraz te ostre i pobudzające.
- W potrawach wielbi wszystko co soczyste i miękkie lub subtelnie kruche - treść plus forma doskonała.
- W restauracjach szuka aksamitnych dźwięków i nastrojowego wystroju - to najlepsze przyprawy.
- Kocha: Kawę, kawę i ... kawę. Biała bez cukru lub słodka, czarna - koniecznie "z prądem". Zielone herbaty, aromatyczne zioła, gorzka czekolada, suszone śliwki. Owoce morza i wszelka zielenina mile widziane.
- Unika jedzenia wszelkich tłustości, olejów i smalców. Ucieka na widok stworów posiadających macki, szczypce i inne podejrzane odnóża.
Historia mojej miłości do kulinariów rozpoczęła się dość wcześnie, w wieku wczesno przedszkolnym należałam do domowników najczęściej odwiedzających kuchnię... szczególnie babciną. W tej ociekającej cukrem i tłuszczem krainie napełniałam swoją słodka buzię kilogramami kluch, drożdżowych ciast i smacznych jeszcze wtedy wędlinek. Na rodzinnych fotografiach z tego okresu wkładam palec lub stopę do urodzinowego tortu lub błagalnym spojrzeniem wymuszam od mojej drogiej cioci plaster boczku. Ów sielski okres pozostawił ślady widoczne, wręcz namacalne... zamieniłam się w to co kochałam najbardziej - w kluskę. Wtedy to poszukując doznań smacznych i zdrowych wpadłam w pułapkę kuchni śródziemnomorskiej. Można uznać, ze wepchnęła mnie w nią moja mama, która kiedy tylko pojawił się w polskich sklepach ser feta i oliwki oszalała na punkcie smaków grecko-włoskich. Od tego czasu defilowały przez naszą kuchnię procesje sałatek, ryb z grilla, mięs mocno pachnących ziołami, wodospadem oliwy wpadały do mojego żołądka i zadomowiły się na zawsze. Kilka lat później dołączyła do tych fascynacji miłość do wszelkiej maści alkoholi, uczucie odwzajemnione i spełnione, nie prowadzące do uzależnień. Wypróbowałam setki owych magicznych mieszanek i odnalazłam zestaw dla mnie charakterystyczny: różowe wina, mojito, whisky lub też wszelkie kawowe likiery wymieszane z ową boską, pobudzającą cieczą. Stałą namiętność do kawy przepłaciłam nieraz bezsennymi nocami, i sercem w gardle, jednak wielbię ją ponad wszystko i bez porannej filiżanki jestem tylko cieniem Magdy prawdziwej. Z kawą idealnie scalają się przeróżne słodkości, od których abstynencja jest dla mnie ogromnym wyzwaniem. Gorzka czekolada, wszystko co słodko się klei , rozpada w rękach i kruszy. Ostatnio zachwyciła mnie Grecka bougatsa i inne miodowo-migdałowe aromaty... istne szaleństwo. Kiedy mam ochotę na coś naprawdę rewelacyjnego wybieram jedną z krakowskich restauracji i tam buszuje po menu w poszukiwaniu kulinarnych skarbów. Często odnajduję soczyste rarytasy, czasem niemal łzy ronię z rozczarowania. Nigdy nie torturuję obsługi, choć zdarza mi się wierzgać nogami z braku cierpliwości. Wybieram knajpki Włoskie, orientalne i bardzo swojskie, naleciałości rosyjsko- ukraińskie jak najbardziej.
| |