
Gabriela
Niespodziewanie za oknami zrobiło się biało, a ja się zorientowałam, że jeszcze nie opowiedziałam o swoich wakacjach… Jednak jako że nie ma milszego momentu na wspominanie słonecznego i kolorowego lata niż chłodny grudniowy wieczór, pozwolę sobie dzisiaj nadrobić te zaległości. Wakacje spędziłam z przyjaciółmi u Dashy w Sankt Petersburgu - zapierającym dech w piersiach mieście położonym nad brzegiem majestatycznej Newy; mieście zmiennym i kapryśnym, w którym piękna słoneczna pogoda w jednej chwili zamienia się w ziejące grozą gradobicie; mieście, w którym można się zakochać... a również smacznie zjeść. Ale w Rosji - podchodząc do sprawy stereotypowo - ważniejszą sprawą niż dobrze zjeść, jest dobrze wypić. Rosjanie nie gardzą trunkami - dziewczęta w wieku licealnym beztrosko popijają na ulicy piwo, podejrzani trzydziestolatkowie bez lewej górnej jedynki proszą nieznajomych (czyli nas)w trolejbusie o potrzymanie drinka, podczas gdy oni szperają niespiesznie po MP3 w poszukiwaniu ulubionej piosenki. Pani sprzedająca kwas w budce, widząc nasze zainteresowanie sprzedawanym przez siebie słodkawym, lekko alkoholowym gazowanym napojem chętnie wybiega z miejsce przy swojej przypominającej saturator machinie, abyśmy mogli zrobić tam sobie pamiątkowe zdjęcie. Co ciekawe, pomimo tej wszechobecności i jawności alkoholu, nie natknęliśmy się nigdzie na pijaka z krwi i kości. Jako że mieszkaliśmy nie w hotelu, a u prawdziwej rosyjskiej rodziny, mieliśmy okazję się przekonać, jak Rosjanie jedzą na co dzień. Spodobało mi się, że jedzą dużo owoców i warzyw - pani domu praktycznie do każdego posiłku podawała potężną michę surówki, a na stole zawsze były jabłka. Drugi pozytyw - jedzenie jest dla nich ważne; niekwestionowanym sercem niewielkiego mieszkania była mała kuchnia, w której wiecznie coś bulgotało lub skwierczało na gazie, a półki lodówki aż się uginały od smakołyków (do częstowania się którymi serdecznie nas zachęcano). Na śniadanie miła pani Marika, mama Dashy, serwowała nam krótkie i pulchne parówki, ciemny, miękki chleb z serkiem topionym Hochland, a do tego różne surówki. Na rozbudzenie się - mocna aromatyczna kawa z prostego ekspresu. Parówki można było posmarować ostrą musztardą albo pysznym keczupem, a raczej znakomicie doprawionym ziołami sosem pomidorowym. Na śniadaniowy deser pałaszowaliśmy małe przysmaki z sera białego oblane czekoladą, z owocowym lub waniliowym nadzieniem. Kulinarnym hitem pani Mariki okazała się sałatka z krabów, którą przyrządzam teraz od czasu do czasu w domu. (Sałatka z krabów - przepis pani Mariki -1 opakowanie paluszków krabowych; 250 g ryżu; 1 duża lub 2 małe cebule; 1 puszka kukurydzy; 2 jajka; majonez; sól. Ugotować i wystudzić ryż. Posiekać mięso kraba, cebule i jajka. Dodać kukurydzę. Posolić i dodać majonez. Odstawić, aby składniki się przegryzły). Mniej miłym wspomnieniem jest zaserwowany nam pewnego wieczoru obiad złożony z kopczyka gorącego białego ryżu, surówki i kawałka kiełbasy zwyczajnej, podanej na zimno. Nie będę ukrywać, że niezbyt mi to smakowało... W petersburskich jadłodajniach przede wszystkich zaskoczyły nas ceny. Fakt, żywiliśmy się w centrum, ale cena ok. 50 złotych za skromny posiłek i tak wydała nam się wygórowana. Za wieczór kulinarnej rozpusty w restauracji meksykańskiej zapłaciliśmy aż 500 zł (biesiadowały cztery osoby). Wtedy dotarło do nas, że trzeba zacisnąć pasa - w końcu w wakacyjnym budżecie przeznaczyliśmy 50 zł. dziennie na jedzenie. W poszukiwaniu ekonomicznych rozwiązań trafiliśmy do dwóch ulubionych przez rosyjskich studentów sieci - oferującej bliny Czajnajej Łoszki, oraz serwującej rosyjskie dania Jołki-Połki. Czajnaja Łoszka (na początku, zwiedzeni nazwą, spodziewaliśmy się chińszczyzny, jednak nazwa restauracji znaczy "Łyżeczka do herbaty") to pełne pospiechu, turystów i młodych Rosjan typowe sieciowe plastikowe wnętrze. Należy wziąć tacę i powoli sunąć z kolejką, zamawiając najpierw wybrane bliny - na ostro lub na słodko - a potem dzbanuszek wybranej herbaty oraz sałatki. Całość smaczna i przyzwoita. Byłam nieco rozczarowana, że bliny tak bardzo przypominają nasze swojskie naleśniki, ale Dasha wytłumaczyła, że to, czego się spodziewałam - czyli małe pulchne placuszki ozdobione kawiorem i oblane kwaśną śmietaną to inna potrawa, a prawdziwe bliny wyglądają właśnie w ten sposób Z kąta sali amatorów blin bacznie obserwuje ochroniarz - jak zresztą prawie w każdym lokalu. W Jołki-Połki nawet nie patrzyliśmy do karty, tylko zamówiliśmy polecony nam przez Dashę bufet. Właściwie to bufety są dwa - zimny i gorący; płaci się raz (po 50-60 zł za każdy), a jeść można bez końca. Oczywiście o ile się da radę, bo tradycyjna rosyjska kuchnia do najlżejszych nie należy. Z gorącego skosztowałam apetycznych różowych parówek, kotlecików rybnych i ziemniaczanych, pieczonych udek i makaronu z sosem pomidorowym. Zimny zachęcał mnogością sałatek i surówek, kilkoma rodzajami śledzi i piklami w przeróżnych marynatach, o wyrazistym, pikantnym smaku. Najbardziej błogich kulinarnych doznań dostarczyła nam jednak urocza włoska knajpka Mamma Roma, do której trafiliśmy całkiem przypadkiem. Po godzinie stania w kolejce po bilety do Muzeum Osobliwości, bezpardonowo zamknięto nam drzwi przed nosem, więc - rozczarowani - weszliśmy na obiad do pierwszej napotkanej knajpki. Serwowane tam jedzenie okazało się przepyszne - szczególnie boskie tagliatelle z łososiem, czyli jędrny ugotowany al dente makaron w delikatnym sosie z apetycznie różowymi kawałkami łososia. Również tiramisu, którego tam skosztowaliśmy było nad wyraz smaczne w swej śmietankowej delikatności i szlachetnej prostocie. W meksykańskiej knajpce Tequila-Boom spędziliśmy wesoły wieczór przy muzyce na żywo. Pałaszowaliśmy charakterne meksykańskie potrawy (w menu przy każdej były papryczki - trzy oznaczały danie bardzo pikantne, dwie - średnio pikantne, a jedna - prawie wcale; choć w praktyce i te z jedną papryczką do najłagodniejszych nie należały), przy których burritos i enchiladas serwowane w krakowskim Taco robią wrażenie ubogich i nijakich krewnych. Muzyka była radosna, ciemnoskóra wokalistka i towarzyszący jej dwaj muzycy dawali z siebie wszystko. I takie też było jedzenie - kolorowe, intensywne, bezkompromisowe. Popijaliśmy je pikantnym meksykańskim piwem. Knajpka była autentyczna - jakby kawałeczek bajecznie kolorowego, gorącego Meksyku magicznie przeniesiono do tego o wiele bardziej chłodniejszego i stonowanego kraju. Como Mexico no hay dos! Zapragnęliśmy również pirożków, jednak - jak nam wytłumaczyła Dasha - rosyjskie pirożki to odpowiednik polskich pierogów. Zaprosiła nas na bardziej egzotyczne pirogi, które okazały się być potrawą podobną do kulebiaka - słodkawe drożdżowe ciasto nadziewane a to łososiem, a to mięsem, grzybami czy też na słodko - śliwkami - i sprzedawane w kawałkach. Ciasto było słodkawe, a najwyższej klasy łososia było w nim naprawdę dużo. Skosztowaliśmy tam również barszczu - pełnego warzyw, przyozdobionego kleksem kwaśnej śmietany, sycącego a I tak minęły te piękne i smaczne wakacje. Przyszło nam się pożegnać z Dashą i panią Mariką. Nie obyło się bez zaproszeń z ich strony oraz zapewnień z naszej, że wrócimy - ale kto wie, czy nie jest to jedno z tych miejsc, które odwiedza się tylko raz w życiu? Cóż, pozostały wspomnienia... A gdy za oknami zrobiło się biało, zamarzyłam o powrocie do zalanego słońcem Sankt Petersburga i spokojnym wieczorze przy pirogu szczodrze nadzianym różowym i delikatnym łososiem... |