
Za mało Portugalii (Piri Piri)Restauracja: Piri Piri (23.11.2011) Jedzenie dobre, nawet momentami zbliżające się do portugalskiego, ale obsługa i w szczególności wystrój pracy jeszcze wymagają. Gdy weszliśmy do środka, stanęłam jak wryta i gorączkowo zaczęłam rozglądać się za kącikiem w Piri Piri, który sprawiałby wrażenie przytulnego. Mało brakowało, a z ulgą skorzystałabym z podpowiedzi zielono-żółtych strzałek i plakietek z napisem "Wyjście ewakuacyjne" przyklejonych do pustych ścian, i wybiegłabym czym prędzej. Ale obok mnie stał Portugalczyk, który gotów był przekroczyć nawet takie progi, by dać szansę ostatniej już restauracji dającej nadzieję na prawdziwie portugalskie dania w Krakowie. Kelnerka, zwarta i gotowa, stała nad nami z przygotowanym menu niemal od pierwszej sekundy, podczas gdy ja próbowałam odnaleźć się w sytuacji. Z pewnymi oporami zdecydowaliśmy się w końcu na stolik. Oprócz nas, po przeciwległej stronie sali, czyli jakieś dobrych kilkadziesiąt metrów dalej, siedziała jeszcze jedna para, która niedługo potem wyszła. Znaleźliśmy się więc całkiem sami w ogromnej, otwartej sali, w całym gąszczu pustych stolików i tapicerowanych drewnianych krzeseł typu "wieś tańczy i śpiewa". Z głośników sączyła się najzwyklejsza "techniawa", a na przeraźliwie pustych ścianach, oprócz zielonkawych strzałek ewakuacyjnych, które w absolutnie żadnym innym lokalu nie rzucały mi się w oczy tak bardzo, wisiały też, bez ładu i składu, kwadratowe obrazki z kwiatami. W oknach nie było zasłon - może to i lepiej, bo już wyobrażam sobie te błyszczące firany, które doskonale dograłyby się z całą resztą. Z kolei na jasnozielonym obrusie, który był jedyną częścią dekoracji, którą można by w jakiś luźny sposób odnieść do Portugalii (zielony to w końcu jeden z kolorów na portugalskiej fladze), stał barowy stojak na przyprawy i ten nadzwyczaj irytujący serwetnik rodem z PRL-u. Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. Otworzyłam menu. Ale zanim tam zajrzałam, zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że właściciele tej restauracji nie zdają sobie sprawy, jak niewiele trzeba, by nawet w takim wnętrzu jak to, sprawić, by wizyta zapadła choć trochę w pamięci, by restauracja się wyróżniła (w końcu jest jedyna!), by atmosfera była przyjemna, mimo tego tandetnego wystroju i braku jakiejkolwiek intymności przy stoliku. Zamiast nierówno powieszonych obrazków przedstawiających bliżej niezidentyfikowane kwiaty, można przecież wypełnić ścianę wielkimi fotografiami Alantejo, Lizbony lub chociaż butelek wina, oceanu, Pastéis de Belém czy czegokolwiek, z czym może się kojarzyć przepiękna Portugalia. Zamiast marnego techno w głośnikach, które jest absolutnie niedopuszczalne w jakimkolwiek miejscu, które odważy się nazwać „restauracją”, należałoby wypełnić wnętrze delikatnymi i klimatycznymi dźwiękami Madredeus, Marizy czy Xutos e Pontapés. Portugalska muzyka wprowadzi klientów w nową, egzotyczną dla nich kulturę, a Piri Piri przecież jako jedyne w Krakowie może sobie na to pozwolić! Siedząc tam, na tym okropnym krześle, pomyślałam sobie, że estetyczne wrażenia, nawet w tak byle jakim wnętrzu, byłyby po stokroć korzystniejsze, gdybym nie musiała słuchać muzyki, która z pewnością wpłynie negatywnie na moje trawienie i nastrój. Gdy w końcu odważyłam się spojrzeć w kartę, okazało się, że nie jest tak źle. Wprawdzie nie ma ani śladu bacalhau, świętej pozycji z kulinarnego stołu Portugalii (bo portugalska restauracja bez bacalhau to jak polska bez pierogów), ale jest kilka innych "kultowych" dań. Przykładowo Caldo verde, czyli zielona zupa ziemniaczana (10,00zł), która tu, ku naszemu zdziwieniu, podawana jest z sałatą zamiast kapusty. Dziwnie jeść sałatę w zupie, ale smak samej zupy był w porządku. Kiełbasa chouriço w winie porto (14,00zł) okazała się smaczna i autentyczna, za co duży plus. Minus za to, że dostaliśmy zaledwie z dziesięć maleńkich plasterków. Do tych dwóch przystawek podano też dwie bułeczki - świeżutkie, miękkie i ciepłe - uwielbiam takie! Ale niestety, kelnerka bez pytania sprzątnęła mi jedną sprzed nosa, zanim skończyłam jeść. Karta w dania portugalskie obfita nie jest, ale zdecydowałam się na polędwiczki wieprzowe w sosie porto (26,00zł), ziemniaki zapiekane i mix warzyw. Mix warzyw to prawdopodobnie innymi słowy mix tego, co kucharz odnalazł w kuchni. Ziemniaczki były w porządku, a polędwiczki naprawdę pyszne - porto dodawało im cudownego, słodkiego smaczku. Mój przyjaciel zajadał się pokaźnymi sardynkami z grilla i bardzo mu smakowały, mimo że były mrożone, a nie świeże. Ale i tak dobrze, że znalazły się w karcie, bo, jeśli kiedyś oszalejemy i tam wrócimy, to pewnie właśnie dla nich, bo w krakowskich sklepach trudno je znaleźć. Towarzyszyła nam też karafka wina stołowego (nic specjalnego za 25,00zł) i mimo, że wybór portugalskich win jest spory, żadnego nie można kupić na kieliszki, za co Piri Piri znowu traci punkty. Gdy zamówiliśmy czekoladowe trufle z cynamonem i sosem malinowym (12,00zł) oraz mus z białej czekolady (10,00zł) i głośno rozważaliśmy wypicie espresso, kelnerka słysząc nasze rozważania, o dwudziestej pierwszej czterdzieści cztery oznajmiła nam, że lokal czynny jest do dwudziestej drugiej, tym samym zniechęcając nas do zamówienia kawy. Mimo, że robiliśmy wszystko, by tym pysznym musem i niesamowicie słodkimi truflami umilić sobie ostatnie chwile w Piri Piri w tym wcieleniu, musicie przyznać, że sytuacja stała się co najmniej nieprzyjemna. Do Piri Piri już nie wrócimy, ale mam wrażenie, że nikt się tym nie przejmie. Jeśli w lokalu pogania się swoich jedynych klientów, wyliczając im minuty na zjedzenie deseru, nie dziwne, że zmuszony jest organizować wesela i inne tak zwane "przyjęcia okolicznościowe", by przetrwać. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Anna Skwarek Tagi: restauracja, portugalska, Piri_Piri, caldo_verde, zupa_ziemniaczana, chourico, kiełbasa_chourico, polędwiczki, wieprzowina, sardynki, trufle Ewelina: A ja się w pełni zgadzam z autorką tekstu. Fatalny wystrój, z ogromnego telewizora na scianie chamsko mrugają reklamy, co mojego męża doprowadzało do furii i musielismy zmienić stolik. Nic portugalskiego w klimacie, puste ściany aż sie proszą o zdjęcia tych cudnych krajobrazów. Dobrze że chociaż kilka pozycji w menu pachnie Portugalią, choć brak bacalhau to grzech śmiertelny. I jeszcze te ceny - za takie pieniądze można w centrum duzo lepiej zjeść przy o niebo sympatyczniejszej obsłudze i w przytulnym wnętrzu. Nigdy więcej, choć żałuję, bo uwielbiam Portugalię. restauracja Piri Piri jest dokładnym przeciwieństwem mojego wyobrażenia dobrej portugalskiej restauracji! Edyta: Przyłączam sie do Pana Edka, często odwiedzam tą resturację i stwierdzam iż resturacja nie specajlizuje sie jedynie w kuchni portugalskiej ale i też polskiej.Jedzenie jest smaczne a obsługa miła i polecam wszystkim. Pedro: Przyłączam się do "Panny Skwarek". Piri Piri to absolutnie stracona szansa na spotkanie z kuchnią portugalską. Nie wystarczy użyć porto aby uzyskac portugalskie danie... Anna Skwarek: A czym to podpadłam Panu Edkowi? ;-) Edek: Panno Skwarek, zanim sie wezmie za krytyke to wypadaloby znac sie na temacie a nie udawac ze sie zna kulture Portugalii. | Autor: Anna Skwarek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, Walentynki, Walentynki_2012, konkurs, Kraków, sushi, japońska, Ceska_Chodba, czeska, Andromeda, zniżka, Zimowe_Smakowisko, Hawełka, Pałac_w_Paszkówce, wino, włoska, Solna_Grota, tarta, Youmiko, Aquarius |