
Tak przebiegało JESIENNE SMAKOWISKO - relacji część IIJeśli Was tam nie było, to czytajcie i żałujcie, a jeśli byliście, to czytajcie i raz jeszcze myślami wracajcie do Paszkówki... Oto druga część relacji z Jesiennego Smakowiska w Pałacu w Paszkówce. Przypominam, że pierwsza część relacji zakończyła się w momencie, gdy uczestnicy wchodzili na kuchnię, a dziś pokrótce ich przedstawię i opowiem co było dalej... A oto osoby, które stanęły w smakowiskowe szranki: Ulla (prowadząca na co dzień blog Kuchnia na wzgórzu) przeniosła się na podwórko, gdzie rozstawiła swoje tajiny, a których szybko znalazły się żeberka z jesiennymi warzywami, a gdy one spokojnie sobie dochodziły, ich autorka zajęła się przystawkami - krążkami z ciasta francuskiego z różnymi dodatkami.
Ulla odprawia tajemnicze tajemnicze obrzędy nad tajinami Chłopaki - Bartek i Przemek (bloga nie prowadzący, ale prowadzący za to Miejsce na Kazimierzu), gdy ich wołowina po burgundzku z kurkami wygrzewała się w piecu, raźnie zabrali się za nakrawanie fig, które były częścią deseru robiącego kilka godzin później największą chyba furorę - tarty z figami i kremem pomarańczowym. Choć i ich przystawce - Tarcie prowansalskiej z warzywami zarzucić nic nie można było i prezentowała się bardzo okazale.
Bartek i Przemek nie bez dumy opowiadali o swoich dziełach Wspominani już Gosia i Maciek wykorzystali czas zaoszczędzony na przygotowaniu łopatki wieprzowej dzień wcześniej i następne wolne jej pieczenie przez całą noc, na przygotowanie przepysznie wyglądających babeczek w trzech wariacjach (truflowa z granatem, gruszkowe clafoutis, figa z makiem) oraz nie mniej apetycznie się prezentującej przystawki -krążków z buraków i dyni z kozim serem z chrupkami z pora.
Przystawka Maćka i Gosi - krążki cukinii i buraka z kozim serem Łucja z kolei zapachniła całą kuchnię jabłkami z cynamonem (które miałem ochotę podjadać za każdym razem, kiedy koło nich przechodziłem), z których powstała później przepyszna (sądząc z reakcji jedzących) szarlotka. Jej pomidorki faszerowane także prezentowały się niezgorzej, ale ja i tak największą chrapkę miałem na Gulasz (nie wiedzieć czemu nazwany szybkim, skoro Łucja, podobnie jak my wszyscy w kuchni spędziła bite pięć godzin) z borowikami i sosem z cukinii.
Łucja z uwagą obserwuje, czy nikt jej nie podgląda Maciek z Ewą z kolei, postanowili oderwać się od nasze, często szarej, polskiej rzeczywistości i z miejsca wzięli się za przygotowywanie Karaibskiej zupy z dyni z mlekiem kokosowym, która później rozeszła się w tak ekspresowym tempie, że nie było mi dane jej powąchać, choć moje stanowisko było tuż obok nich. Zapiekanka z leśnymi grzybami także wyglądała niczego sobie i tylko czekoladowe Ciastko Fondue jakoś do mnie nie przemawiało, zapewne dlatego, że nie jestem fanatykiem czekolady.
Maciek zachwala swoje danie główne Najbardziej tajemniczy i skryty uczestnik naszej zabawy - Mateusz szybko odseparował się od większości uczestników, więc hasając po kuchni i doglądając swych własnych potraw, trudno było ocenić nad czym ona pracował, jednak późniejsze pilne nadstawianie ucha ujawniło, iż jego przystawką były, o ile słuch mnie nie zwiódł, boczniaki w cieście. W ramach dania głównego podał coś, co mogło, ale wcale nie musiało być schabowym delux, natomiast deseru jestem już pewien i były go Gruszki w czekoladzie.
Mateusz zaczął z pewną taką nieśmiałością, ale skończył bardzo dobrze Z kolei Ania (również nie prowadząca bloga, ale w wolnych chwilach opiekująca się warszawską Głębią, za co należą jej się gorące podziękowania), ze swoim deserem Cukiniowym ciastem z Viareggio uporała się w mgnieniu oka, zanim większość z nas na dobre rozkręciła się w kuchni. Niestety padło ono ofiarą sabotażu, a może po prostu złośliwości rzeczy martwej, jaką jest piec konwekcyjny, który zamiast w temperaturze 180 stopni, zaczął piec w 300, przez co ciasto nie miało czasu należycie wyrosnąć i trzeba było je obficie pudrować, by zatuszować pewne ciemnobrązowe niedoskonałości. Na szczęście już zarówno Grzyby zapiekane z serem na sposób włoski, jak i Risotto z kurkami, cukinią i suszonymi pomidorami z odrobiną wędzonego boczku wyglądały i smakowały wybornie (były to też jedyne potrawy, poza własnymi, których dane mi było spróbować).
Ania bardzo dobrze radziła sobie z monstrualną ilością cukinii No i zostałem jeszcze ja, Wojtek (również bez kulinarnego bloga, ale za to ze swoim ukochanym dzieckiem w postaci Głębi). Przyznam szczerze, że dobra organizacja nigdy nie była moją silną stroną, co dało się we znaki w Paszówce, bowiem gdy u innych widać było znaczące postępu prac kulinarnych, ja przez długi czas byłem w proszku. W końcu jednak się ogarnąłem i zabrałem za swe danie główne - Pilaw (dla uproszczenia dla osób potrawy tej nie znających, jest to coś podobnego do risotto, ale wywodzące się ze wschodu), który choć wygląda niepozornie, jest potrawą bardzo aromatyczną i smakowitą. Albo przynajmniej byłby, gdybym nie zapomniał dodać do niego przyprawy, którą specjalnie na tę okoliczność ze sobą przywiozłem. Skleroza zaatakowała także podczas robienia Grzanek ze szpinakiem, gruszką i ostrą musztardą, bo nie dość, że nie miałem czasu ich na kuchni przygotować i robiłem potem na bieżąco, to jeszcze zapomniałem posypywać je płatkami migdałów, w które także zawczasu się zaopatrzyłem. Także deser, Waniliowy pudding w whisky pod croistantami nie był do końca tym, czym być powinien, gdyż zabrakło narzędzi, by skutecznie skarmelizować nań cukier. No i nie miał on okazji całkowicie wystygnąć, przez co i jego dojmująca słodycz nie została zredukowana.
Pilaw nie prezentuje się efektownie, ale jest pyszny Ostatecznie jednak i tak byłem przeszczęśliwy, że udało mi się zmieścić mniej więcej w czasie. Piszę mniej więcej, bo z kuchni wyszedłem jako ostatni i na zegarze była wtedy 14:07, a ja stwierdziłem, że nigdy jeszcze pięć godzin nie minęło mi chyba tak szybko. Ale prawdziwe nerwy i stres miały się dopiero zacząć, bo oto właśnie mieliśmy zostać rzuceni, my i nasze kuchenne twory, na pożarcie bardzo wymagającej publice, która tego dnia dopisała i tłumnie stawiła się w pękającej już w szwach Sali Marmurowej.
Triumfalny masz na Salę Marmurową Po oficjalnym przywitaniu gości, krótkim wstępie i przedstawieniu uczestników przejść można było do tego, co najważniejsze, a mianowicie degustacji prezentowanych dań. W tej części w gruncie rzeczy wiele do opisania nie mam, bowiem większość z gotujących nie miała nawet okazji spróbować tego, co na swych stanowiskach proponowali inni uczestnicy. Jednak sądząc po tym, jak szybko smaki (oficjalna waluta Smakowiska) zmieniały właścicieli i jak rozanielone miny miała większość z gości, wnosić należy, że wszystko bardzo smakowało i wybór na kogo oddać swój głos musiał być nie lada dylematem. Ja ostatecznie zbyt wiele ich nie zgromadziłem, ale miłe słowa pod adresem moich potraw warte były nawet więcej, niż głosy. Z tego miejsca pragnę też przeprosić wszystkich, którzy mieli ochotę spróbować mój deser, nie było im to dane, z uwagi na to, że ze stołu zniknął w zawrotnym tempie - na przyszłość obiecuję się poprawić i przygotować go więcej.
Szef i jego dzielna drużyna ;) Niestety wszystko co dobre, kończy się znacznie szybciej, niż byśmy chcieli, podobnie było z naszymi potrawami, które zostały wymiecione praktycznie do ostatniego okruszka (nie wiedzieć czemu, jedynym co się nie skończyło, był mój pilaw, ale tłumaczę sobie, że to ze względu na jego umiarkowaną widowiskowość). Przyszedł zatem czas na podliczenie głosów, po którym szanowny "kierownik" całego zamieszania w mojej skromnej osobie, zwycięzcami ogłosił (i nagrodę wręczył) Bartka i Przemka, którym z tego miejsca raz jeszcze serdecznie gratuluję!
Radość promieniała z każdego oblicza I w tym miejscu wszystko powinno się zakończyć, w końcu najedzeni gościu opuścili Salę Marmurową, a personel Pałacu w Paszkówce (któremu też należą się nasze gorące podziękowania) wszystko pouprzątał, a my? My przenieśliśmy się do kawiarni, gdzie w przemiłej atmosferze, jedliśmy (w końcu był na to czas, a i pilaw się na coś przydał), piliśmy, zawieraliśmy nowe przyjaźnie, przeżywaliśmy wszystko raz jeszcze, no i oczywiście podziwialiśmy „Strzygę” i jej inne, nie mniej piękne towarzyszki. Czyli innymi słowy wybornie się bawiliśmy do późnych godzin nocnych. No i tutaj nadeszła w końcu chwila, w której nie pozostaje mi już naprawdę nic innego, jak podziękować panu Janowi za udostępnienie swego pięknego Pałacu i ufundowanie wspaniałej nagrody; Magdzie, za wspieranie mnie we wszystkich sprawach zwyczajnych i nadzwyczajnych; Agatce i chłopakom z kuchni, bez których wszyscy przepadlibyśmy z kretesem; szefowi kuchni panu Zdzisławowi, za to że wpuścił i tolerował w swoim królestwie bandę profanów; wszystkim gotującym, dzięki którym ciężka praca okazała się najwspanialszą zabawą; oraz wszystkim gościom (których udało nam się nie zatruć), bo to właśnie oni uczynili Smakowisko imprezą tak udaną i wyjątkową. Ale jak wiadomo, gdy coś się kończy, coś też ma zawsze w zwyczaju się zaczynać, dlatego też już dziś z wielką radością i ekscytacją informuję Was, że następne, ZIMOWE SMAKOWSIKO odbędzie się już w lutym, oczywiście w Paszkówce! A, że będzie to okolica Walentynek, tematem przewodnim naszego gotowania będą afrodyzjaki. Więcej szczegółów już niebawem, oczywiście na Głębi. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Redakcja Portalu Tagi: Jesienne_Smakowisko, Smakowisko, Pałac_w_Paszkówce, restauracja, Pałacowa Wojtek: Ogromnie się zatem cieszę i polecam się na przyszłość :) aneta: Wojtku pudding był pyszny - nie zauwazyłyśmy wcale ze nie miał być zimny ;) | Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |