
Zrobiłem najlepszego burgera. Yeah, right! (Moaburger)Restauracja: Moaburger (30.10.2011) Moaburger bardzo miło zapisał się w mej pamięci i z pewnością będę tam częstym gościem. Była pierwsza połowa lata, lipiec nawet jeszcze półmetka nie przekroczył. Byłem właśnie w swej letniej posiadłości, co jest bardzo szumnym i wybujałym określeniem skrawka ziemi pod miastem wraz z domem, który najlepsze czasy ma już dawno za sobą, o ile w ogóle takowe miał. Byłem tam wraz z przyjaciółmi, bo choć późno, to sezon grillowy należało odpowiednio inaugurować. Zadekowałem się więc w kuchni i zacząłem przygotowywać to, co później wszyscy zgromadzeni zgodnie określili mianem najlepszych burgerów jakie dotąd jedli. Sam miałem podobne odczucia, bo choć ostatnimi czasy kilka dobrych i bardzo dobrych buł z mięchem jadłem, to żadna nie miała tak dobrze i smakowicie doprawionego mięsa, tak pysznych sosów i dodatków idealnie dopasowanych do moich gustów. Od tamtej pory żyłem w przeświadczeniu, że mogę już nigdy nie znaleźć burgera lepszego od tego, co sam przygotowałem. Minęły wakacje, skończyło się też lato, a ja ciągle żyłem wspomnieniem mojego dzieła i poszukiwałem smaków, choć w zbliżonym stopniu wybornych. Jednak raz za razem czekały na mnie rozczarowania. Dlatego też, gdy gruchnęła wieść o nowej knajpie pod nazwą Moaburger, podszedłem do tematu bez nadmiernego entuzjazmu. Przyznać wszelako muszę, że kiedy dowiedziałem się, iż ów przybytek wywodzi się, przynajmniej częściowo, z dalekiej Nowej Zelandii, zaciekawiło mnie to już nieco bardziej. Wciąż jednak nie mogłem się tam wybrać, bo choć przechodziłem obok nie raz i nawet do środka zaglądałem, to nic z tamtejszego menu nie złapało mnie za gardło, języka na wierz nie wydobyło i kategorycznym tonem nie przemówiło "Zjedz mnie!". Mimo to śledziłem dość bacznie poczynania Moaburgera, bo wiedziałem, że wcześniej czy później z pewnością tam zawitam. Stało się to wcale szybko za sprawą Veal Burgera, czyli tygodniowej oferty specjalnej, która w przeciwieństwie do stałego menu, od razu zaczęła szeptać mi ciche obietnice wspaniałych smaków i niezwykłych doznań. Nic zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę to, czym był Veal Burger, a mianowicie mięsem cielęcym z mieszanką dzikich grzybów, truflowym majonezem, sałatą, czerwoną cebulą i domowej roboty pomidorowym relishem, a wszystko to podane w bułce, a raczej wielkiej bule z sezamem. I było to niezwykle wręcz smakowite. Oliwa truflowa zaprzyjaźniła się bardzo zgrabnie z grzybami, w większości chyba podgrzybkami. Delikatne, cielęce mięso nie chciało być gorsze i uzupełniło to wspaniałe trio, które rozumiało się bez słów i zamiast tworzyć mieszaninę trzech, wyraźnie zarysowanych smaków, stworzyło nową, cudowną dla podniebienia jakość. Dzięki temu, choć burger naprawdę nie był mały, zniknął o wiele za szybko, a ja bez żalu przyznałem, że oto właśnie zjadłem najlepszego burgera w moim życiu - umarł król, niech żyje król. Następna wizyta w Moa nastąpiła już kilka dni później. Choć wiedziałem, że cielęcego burgera już tam nie zastanę, to przywiodła mnie chęć spróbowania propozycji na kolejny tydzień, a mianowicie Foie Gras Burger, a w nim pół-krwiste mięso wołowe, podsmażone gęsie foie gras, dżem z czerwonej cebuli i czarnej porzeczki i sałata, a wszystko to w bułce tym razem maślanej. Kombinacja, przyznacie sami, ekstrawagancka, w końcu na co dzień rzadko zdarza się w ogóle jeść foie gras, a z tym, by był to dodatek do burgera, spotkałem się po raz pierwszy. Ale przekonywać mnie do tego nie trzeba było, tym bardziej, że otłuszczone gęsie (no dobrze, czasami też kacze) wątróbki uwielbiam, a i cena całości (28 zł) nie była przesadnie wygórowana. A burger był... bardzo specyficzny. Choć również bardzo smaczny, nie tworzył już tak zgranej całości, jak poprzedni. Tutaj foie gras wyraźnie odcinało się smakiem od lekko podsmażonego mięsa, aromaty przeplatały się, ale się nie łączyły, przez co ta kompozycja nie była już aż tak udana. Mimo to Moaburger bardzo miło zapisał się w mej pamięci i z pewnością będę tam częstym gościem, szczególnie gdy pojawiać będą się coraz to nowe propozycje spoza stałej karty. Zresztą kto wie, może w końcu skuszę się też, na którąś ze standardowych pozycji, w końcu autorzy najlepszego burgera jakiego dotąd jadłem, zasłużyli sobie na taka szansę. Ps. Tytuł powyższej recenzji jest nawiązaniem do najsłynniejszej chyba billboardowej kampanii reklamowej w historii Nowej Zelandii. Dotyczy ona piwa Tui, ale to już akurat nie jest tak istotne. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Wojtek Tagi: restauracja, Moaburger, burger, cielęcina, foie_gras | Autor: Wojtek
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |