
Nie zwykły grill (Pimiento)Restauracja: Pimiento (30.09.2011) To był bardzo przyjemny, pozytywnie zaskakujący wieczór w klimacie, którego się nie spodziewałam. Wielokrotnie przekonałam się, że lepiej nie mieć wygórowanych oczekiwań, a najlepiej w ogóle ich nie mieć. Sprawdza się to również w przypadku restauracji. Obok Pimiento przechodziłam nie raz i oprócz pięknie porośniętego bluszczem muru nic nie przyciągnęło mojej uwagi. A później? Później nadarzyła się okazja na dobrą kolację, więc usiedliśmy przed komputerem i znaleźliśmy Pimiento. Potraktowałam jej ofertę trochę z przymrużeniem oka, bo każdy przecież może rzucać sloganami "Najlepsze steki w mieście!". No i w moim wyobrażeniu miał to być zwykły grill. A nie był. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, począwszy od aranżacji wnętrz, poprzez obsługę i skończywszy na wyglądzie serwowanych dań. Tylko ceny mnie nie zaskoczyły, bo można przewidzieć, że wołowina będzie droga, a co dopiero importowana prosto z Argentyny. Leniwy, ciepły, wrześniowy wtorek na Kazimierzu. Wchodzimy do środka. Kremowo-brązowe ściany, ceglane mury, kolorowe obrazy (nie wiem, czy to Argentyna, czy polskie pola, ale nie ma to znaczenia, bo komponują się nieźle, choć niektóre są dość minimalistyczne). Stoły z ciemnego drewna, białe obrusy, cztery lśniące kieliszki na każdym z nich, a w tle doskonała chilloutowa muzyka. Przychodzi kelnerka, uśmiechnięta. Widać, że wie, jak podać kartę, i jak się okaże później, wie też, jak podać wino (75zł, Trapiche Oak Cask Malbec '07, bardzo dobre, oryginalny smak). Przyciemnia lekko światło, więc atmosfera robi się nieco bardziej intymna i przytulna. Może to też dzięki otwartym na oścież oknom z widokiem na odrobinę opustoszały Kazimierz, które przypominają mi, że lato jeszcze nie odeszło. Skoro jesteśmy już w tak nastrojowym miejscu, decydujemy się na dobrą kolację w pełnym tego słowa znaczeniu. Jamon "Serrano" z oliwkami i kaparami (24zł) okazała się świetną przystawką. Zalana oliwą z oliwek szynka, podana z kaparami, takimi dużymi, z łodyżkami oraz zielonymi oliwkami - było ich tylko kilka (cztery, może pięć), ale pokaźne i smaczne, nie z byle jakiego słoika. Szynka podobna nieco do parmeńskiej, choć jednocześnie zupełnie inna - bardziej delikatna, o bogatszym smaku, rozpływająca się w ustach. Tak zachwalanej w (i przez) Pimiento wołowiny grzechem byłoby nie zjeść, więc zamawiamy Pimiento Parilliada, czyli 600g czterech rodzajów mięsa: polędwica, rostbef, antrykot, biodrowa (135zł). Jak już próbować, to na całego, tym bardziej, że wołowinę uwielbiam, a polędwicę szczerze ubóstwiam. Wszystkie cztery porcje zamówiliśmy średnio wysmażone, bo takie lubimy najbardziej. Oprócz polędwicy żadne z tych mięs mnie jednak nie zachwyciło. Smak był poprawny, ale mięso okazało się momentami trudne do pogryzienia (to jednak może być wina konkretnego kawałka, a nie kucharza), ale najbardziej znamiennym był fakt, że w trakcie konsumpcji mówiłam sobie "Jadłam lepszą wołowinę". Ale potem przyszedł czas na polędwicę, która całkowicie i absolutnie powaliła mnie na kolana. Cudownie miękki, krwisty, soczysty kawałek mięsa o konsystencji banana (wyobraźcie sobie tę miękkość!), a do tego lekko przypieczony na brzegu, przez co delikatnie chrupiący. O niebiosa! Toż to był najlepszy kawałek mięsa, jaki jadłam w życiu! Chciałam cieszyć się nim jak najdłużej i chyba przesadziłam, bo ostatnie kęsy były już chłodne i choć w tym przypadku była to ewidentnie moja wina, radzę kucharzom znaleźć lepszy sposób na podanie 600g mięsa tak, by nie stygło w międzyczasie. Gdy czekałam na danie główne, w oczy rzuciła mi się jeszcze sałatka argentyńska (25zł). Pewnie niektórzy nie potrafią wyobrazić sobie połączenia wołowiny z owocami, ale ja nie mogłam oprzeć się tej mieszance: sałata, świeży szpinak, awokado, czerwony grapefruit, pomarańcza i mango. Toż to było przepyszne! Pięknie podane kolorowe składniki polane (niezidentyfikowanym bliżej) sosem, który doskonale komponował się z całą resztą. Uszczknęłam sobie też na spróbowanie odrobinę ziemniaka (całkiem pokaźnego) z dipem jogurtowym (dość intensywny, ostry sos) i boczkiem (7zł). Dobre, ale ja po stokroć wolałam moją kolorową sałatkę. Zwieńczeniem wieczoru musiało być coś słodkiego, choć wahałam się długo, czy aby na pewno chcę naruszyć smak tego ostatniego, chłodnego acz wybornego, kawałka polędwicy. Gdy chodzi o desery ciężko mi jednak odmówić, więc na stole szybko wylądowało ciasto czekoladowe z sosem malinowym (15zł). Pyszne, podane z kulką lodów waniliowych, ale, uwaga, to 100% czekolady! To był bardzo przyjemny, pozytywnie zaskakujący wieczór w klimacie, którego się nie spodziewałam. To nie jest zwykły grill, to restauracja na dobrym poziomie. Ceny są wysokie, ale tym, którzy pragną uraczyć swoje podniebienie cudownym kawałkiem polędwicy w relaksującym wnętrzu - z całego serca polecam. I mimo, że pozostałe mięsa nie zapadły mi w pamięci, z Pimiento wyszłam zadowolona i z zamiarem powrotu. Niestety, z uwagi na wysokie ceny, prawdopodobnie dopiero przy następnej okazji. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Ania Tagi: restauracja, Pimiento, wołowina, stek, antrykot, rostbef, polędwica, biodrowa, jamon_serrano, ciasto_czekoladowe | Autor: Ania
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |