Słoneczne wakacje z la cucina italiana......czyli smakuj życie po włosku... czyli wspomnienia z bardzo smakowitych wakacji. Pożeram kartę wzrokiem. Wokół stolika, jak rekin, krąży przystojny kelner. Pożeram wzrokiem jego, głód bierze jednak górę i wracam do karty. Na deser przyjdzie czas później. Zacznę od zupy... Nie, od przystawki... Chce zjeść wszystko! Pierwszego dnia we Włoszech chcę poznać kuchnię włoską od podszewki, chociaż wiem, że jest to technicznie niemożliwe i niepotrzebne. Przecież mogę zamówić kilka rzeczy i próbować, smakować, sprawdzać, testować. Nigdzie się nie śpieszę, mam dwa tygodnie, na to żeby zjeść Włochy. Zamierzam je przeznaczyć na konsumpcję, w końcu na to właśnie od dawna czekałam. Najpierw praca, praca, praca, aż wreszcie nadchodzi dzień, kiedy pakujemy walizki, zostawiamy obowiązki, stres, korki i byle jakie jedzenie, by cieszyć się pełnią życia i przekonać się, jak smakuje ono po włosku. Ale dość refleksji, bo czas ucieka, a ja jestem głodna. Liczy się każda sekunda. Jeżeli za chwilę czegoś nie zjem, zrobię się zła. Zawsze jestem zła, kiedy chce mi się jeść. Dodatkowo mam mętlik w głowie, bo nie znam włoskiego i obawiam się, że coś, co brzmi apetycznie, może wcale apetyczne nie być. - Czego sobie la bella ragazza życzy? - pyta kelner. Może jednak deser? Nie, deser później - odpowiadam sobie w myślach po chwili zastanowienia. - Poproszę… ordinare il pranzo… - kelner się śmieje, zna polski, cudownie. Zawstydzona chowam słownik.
Zaczynamy! Jako antipasti: caponata - czyli sycylijski gulasz z bakłażanów. Pozwoliłam sobie podejść do kucharza, gdyż przygotowuje tu wszystkie potrawy na oczach klientów restauracji. Jak się okazało zrobienie caponaty nie jest czasochłonne. Smażony na złoto, a potem podduszony w pomidorach bakłażan zyskuje aksamitną, niemal maślaną konsystencję, a wykończenie ze smażonej, słodkawej cebuli z kaparami i oliwkami dodatkowo wzbogaca ten jego delikatny smak. Do tego dużo oliwy, kilka kropel octu balsamicznego, świeża pietruszka i… mmmm, można się delektować. Caponata jest fenomenalna – niezwykle lekka i aromatyczna. Podobno można ją też jeść na zimno. Po prostu pycha! Zamówiłam jeszcze cipolline al vino bianco - cebulki w białym winie; pepperoni con accinga - papryka faszerowana sardelami. Gdyby kelner, Antonio, tak jak się spodziewałam, nie znał polskiego, zamówiłabym pewnie tylko pepperoni, pozostałe nazwy z niczym mi się nie kojarzyły, a przynajmniej nie z jedzeniem. Wszystko było bardzo gustownie podane i bardzo smaczne. Cebulki i faszerowane papryczki, nie zrobiły na mnie już tak piorunującego wrażenia jak caponata, która była doskonała, bardzo wyrafinowana w smaku, słodko–kwaśna, intrygująca. Mimo to zapowiadało się wspaniale, a przecież dopiero rozpoczynałam moją kulinarną podróż. Teraz czas na zupę... - Primo pianotto - mówię bez przekonania i dla odmiany już z przekonaniem dodaję - Minetsrone. Chciałam porównać oryginał z tymi wszystkimi kopiami, które jadłam w polskich restauracjach, choć wyniku tej konfrontacji byłam niemal pewna. Kelner podał ją tak jak każe tradycja włoska, z opieczonym chlebem i oliwą do jego maczania. Według autora książki "Kuchnia Leonarda" Dave DeWitt'a, to ulubiona zupa Leonarda da Vinci. Dopiero we Włoszech zrozumiałam fascynację Leonarda i muszę przyznać, że wiedział, co dobre. Z przykrością stwierdzam, że jadłam Minestrone po raz pierwszy. To co do tej pory podawano mi jako Minestrone, z oryginałem miało, w najlepszym wypadku, niewiele wspólnego. Czym więc było? Nie wiem i wiedzieć chyba nawet nie chcę. Mimo tego, że zupa składa się z prostych składników, jest bogata w smaku i pełna aromatów wprost pól Toskanii. W oryginale przygotowuje się ją z suszonej białej fasoli (w polskich restauracjach zwykle sprawę sobie ułatwiają i korzystają z fasoli puszkowanej). Do tego mieszanka warzyw i ziół: listek laurowy, tymianek, bazylię, oregano, pieprz, nasiona selera. Wszystko to sprawia, że Minestrone nie tylko jest wspaniale smakuje i ma niepowtarzalny aromat, ale jest bardzo zdrowa i nie ma grama cholesterolu – pyszności. Nie posiadałam się z radości,l a odkryciem numer dwa uznałam właśnie zupę Minetsrone. Danie główne... Niech będzie Ravioli ze szpinakiem i ricottą. Okazuje się, że można dobrze się najeść bez mięsa, szczególnie gdy ravioli są tak pyszne. Delikatne ciasto, a z niego misternie ulepione pierożki, które wyglądały jak małe, kulinarne dzieła sztuki. Kucharz dodał do farszu odrobinę sera feta, który zaostrzył smak, do sosu też dodał odrobinę czosnku, co sprawiło, że w myślach wyznałam mu miłość i przysięgłam dozgonną wierność temu daniu. Uwielbiam połączenie szpinaku i czosnku. Jest to dla mnie nierozerwalny duet. Gorzej, że byłam już syta, ale wiedziałam, że nie oprę się pokusie spróbowania innych arcydzieł, które wyszły spod ręki tego wirtuoza. Taka okazja mogła się nie powtórzyć, w końcu byłam w Padwie tylko przejazdem. Postanowiłam spróbować jeszcze tradycyjnego placka o nazwie pianina (z sosem pomidorowym, rukolą, salami i mozzarellą), które polecił kelner. Zresztą Antonio cały czas obserwował mnie podejrzliwie, chyba nie wierząc, że to wszystko zjem. Ależ zjem, oczywiście, nie zna moich możliwości, mówię mu że to zjem. Jeśli będzie mi smakowało to zjem, i deser nawet zjem. Odpowiada, że z pewnością będzie smakowało… choć widzę cień obawy malujący się na jego twarzy. Wzięłam kęs. Danie nie powaliło mnie na kolana, choć po ravioli poprzeczka ustawiona była bardzo wysoko.
Deser! Oczywiście tiramisu i panna cotta w ogóle mnie nie interesują, chociaż pewnie są lepsze niż u nas, ale mam ochotę na coś oryginalnego. Wbijam wzrok w kartę, Antonio wbija wzrok we mnie, później rozgląda się po lokalu w poszukiwaniu ukrytych kamer. Nie znajdzie. Ja za to znalazłam to, co chcę! - Aha! - wykrzykuję triumfalnie - granita! I sycylijskie cannolo. Do picia zamawiam gingerino z białym winem i wodą. Aha i espresso, podobno najlepsze na świecie. Sprawdzimy... Wszystko sprawdzimy, mamy przecież czas... Granita ma zazwyczaj postać na wpół zamrożonej substancji przypominającej konsystencją coś pomiędzy lodami a sorbetem. Przygotowane z wody, cukru i aromatów smakowych - wyjaśnił kelner. Zamówiłam migdałową z jogurtem naturalnym. Smakiem przypominała pinacoladę. Chłodna, orzeźwiająca, słodka pokusa. Po powrocie spróbuję przygotować granitę w warunkach domowych, dodając doń odrobinę rumu lub pomarańczową granitę z Campari. Cannolo, to z kolei rurki z chrupiącego ciasta, nadziane kremem z sera ricotta. Obrzuciłam je łapczywym spojrzeniem. Upiłam łyk kawy i pomyślałam o Monty Pythonie, przypomniałam sobie skecz w restauracji i poprosiłam o zapakowanie rurek na wynos... O kuchni włoskiej można pisać bez końca, bez końca można by jej też próbować, a i tak nie spróbowało by się wszystkiego, takie jest jej bogactwo. W pełni zasłużenie jest to najpopularniejsza kuchnia świata, choć większości osób kojarzy się z pizzą i spaghetti. Ze mną było podobnie dopóki się nie przekonałam, jak bogata i zróżnicowania może być. Przekonałam się też, że kuchnia północnych Włoch różni się diametralnie od kuchni Włoch południowych, czy centralnych. Jest to kraj wielu kontrastów pod kątem zarówno historycznym, jak i kulturowym, co nie może pozostać bez wpływu na kulinarne upodobania jego mieszkańców. Za cel swej podróży obrałam Riwierę Adriatycką, a konkretnie portową miejscowość Porto Santa Margherita. Postanowiłam wybrać się wraz z przyjaciółmi na kemping San Francesco z Vacansoleil. Lokalizacja ta zapewniła możliwość zwiedzania i testowania smaków serwowanych w restauracjach takich miast jak na przykład Wenecja, Padwa, Bolonia, Sirmione, czy małych miejscowości jak Borgoricco, Castelfranco Veneto, czy choćby wspomniane Caorle. To, co jest najbardziej atrakcyjnego w tej formie spędzania wakacji, to możliwość swobodnego przemieszczania się własnym samochodem, całkowita swoboda kulinarna, nie wspominając już o cenie. Dzięki mojemu wyjazdowi spróbowałam mnóstwo nowych smaków. Dania o znanych nazwach serwowane w restauracjach i ulicznych budkach, których smak był zupełnie odmienny od tych, konsumowanych w kraju. Desery z włoskich cukierni i lodziarni, niczym nieprzypominające tych podawanych w Polsce. Pizza z pieca opalanego drzewem, która pizzą staje się dopiero we Włoszech... z serem, a nie wyrobem seropodobnym. Owoce dojrzewające w słońcu Italii, sery, oliwki, wina...
… i owoce morza, którymi byłam absolutnie zachwycona. Świeże, kupione wprost od rybaka z Caorle. Ryby, małże, krewetki, kalmary. Przygotowywane na grillu, palce lizać. Dostaję gęsiej skórki na myśl o posiłkach serwowanych w hotelowych restauracjach. All inclusive mnie odpycha. Ilekroć korzystam z tej formy zakwaterowania mam świadomość, że jedząc europejskie śniadanie (patrz jajka na twardo, wstrętne wędliny i niezjadliwe pieczywo) lub europejskie obiady (czyli pieczone ziemniaczki, sosy i surówki w roli głównej), wiem że za murem hotelu, niemalże jak za murem więzienia, mieszkańcy danej miejscowości spożywają tradycyjne dania, charakteryzujące się bogactwem smaków i aromatów. Wiem, że ulica tętni życiem i okoliczna ludność bierze udział w tym rytuale. Dlatego właśnie tak wielu ludzi decyduje się na podróżowanie na własną rękę. Wyjazd na kemping jest czymś pomiędzy wczasami z zakwaterowaniem w hotelu, a podróżowaniem na własną rękę z zakwaterowaniem gdzie się da. Domek, w którym my mieszkaliśmy był w pełni wyposażony. To mnie rozbawiło. Włosi są takimi miłośnikami kuchni, że nawet na kempingu można znaleźć tarkę do parmezanu, czy inne sprzęty kuchenne, o których przeciętny Polak mógł nawet nie słyszeć. Ale nic dziwnego, przecież Włosi traktują posiłek jako coś niezmiernie ważnego. Celebrują go, zachwycają się nim, rozsmakowują się, spożywają go nieśpiesznie, z namaszczeniem. Dania są zróżnicowane, na stole tak jak na talerzu zwykle jest mnóstwo kolorów. Dzień upływa od posiłku, do posiłku. Pierwsze śniadanie. Drugie śniadanie, często spożywane w barze. Obiad, zazwyczaj składający się z dwóch dań i deseru i kolacja, zwykle bardzo obfita, także jedzona poza domem. W końcu Włosi są bardzo towarzyscy. Spotkania koncentrują się na wspólnym spożywaniu posiłków. Jedzenie jest nieodłącznym elementem kultury włoskiej. Włosi nie jedzą, żeby żyć, oni żyją żeby jeść i smakować życie! W weekendy w małych miejscowościach często organizowane są spotkania, na których społeczność lokalna robi grilla, pije wino, rozmawia o sprawach lokalnych. Na szczęście uczymy się tego powoli od Włochów. Polacy coraz mniej się separują. Coraz rzadziej zamykają się w domach i w niedzielne przedpołudnie tłuką schabowe. Otwieramy się na świat, otwieramy się na nowe. Chętniej podróżujemy, a na sklepowych spółkach widać coraz więcej zagranicznych produktów. Również restauracje sięgają po przepisy ze światowych kuchni, a i Włosi coraz częściej przyjeżdżają kucharzyć w swoich małych restauracyjkach, ucząc nas swej kuchni i swego stylu życia. Podróż autorki zorganizowała firma: Vacansoleil Sp. z o.o. www.vacansoleil.pl ul. Jana Sawy 6/05, 20-632 Lublin Tel. 81 444 44 81 Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Ola Klara: Brzmi przepysznie! Ja też chcę do Włoch! Pozdrawiam wszystkich czytelników :). | Autor: Ola
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |