
Dzik jest dziki, dzik jest zły (Villa Decius)Restauracja: Villa Decius (10.09.2011) Słono sobie każą płacić, ale gdyby towarzystwo było lepsze, nie byłby to aż taki problem. Są tylko dwie rzeczy na tym świecie, które potrafią mniej więcej normalnego człowieka doprowadzić do szewskiej pasji. Z uwagi na obecność dzieci i kobiet (tylko czy spotkać można jeszcze kobietę, taką prawdziwą? - przyp. nostalgii przemawiającej przez red.) przy tym określeniu lepiej pozostać, choć i kilka innych ciśnie się na usta. Pierwszą ze wspomnianych rzeczy są przedmioty martwe, złośliwe ponad wszelkie wyobrażenie. Szczęśliwie na nich można po prostu złość wyładować, humor poprawić i zapomnieć. Znacznie gorzej jest z kobietą. W ramach rewanżu można co najwyżej nowej fryzury nie zauważyć, czy ponad przeciętnego wypindrzenia. Jednak radość jest krótka, a żal spory, bo kobieta zaatakować potrafi znacznie celniej i okrutniej. Najlepiej z konfrontacji zrezygnować, a utrapienia, zwanego kobietą unikać, jak morowej zarazy. A jeśli jakiś „drobiazg”, dajmy na to dobro ukochanej pierworodnej sprawia, że trzeba się spotkać, trzeba usiąść, na twarz przykleić głupkowaty uśmiech i podjąć się misji niemożliwej - dojścia z kobietą do porozumienia. Jeśli na miejsce spotkania wybrać jakiś lokal z klasą (czyżby miała być to, dajmy na to Villa Deciusa? - przyp. prekognitywnego red.) i ogromnym apetytem na zawartość portfela gości, można nawet czasami ograniczyć zrzędzenie i marudzenie to niezbędnego minimum. Oczywiście wszystko to pod warunkiem, że ktoś przewidzi, że choć park jest Decjusza i Willa też, to wcale nie musi być łatwo przedostać się z jednego do drugiej. Jeśli tego zabraknie, to kobiecy jazgot ze zdwojoną intensywnością jest pewniejszy niż niejeden bank i ogromna większość ubezpieczycieli. Przecież ona w szpilkach po dziczy chodzić nie będzie, a jej nowa sukienka, to nie byle łach na tułaczkę po lesie. Na szczęście wejście, choć ukryte, gdzieś tam jednak być zawsze musi, a to pozwala odetchnąć i zasiąść w niemal pałacowym wnętrzu. Całkowicie pustym (kelner uznany został zapewne za część wystroju restauracji - przyp. skrupulatnego jak zawsze red.) i głuchym (muzyka faktycznie pojawiła się tylko na kilka chwil - przyp. wciąż czujnego red.) wnętrzu, czyli wprost wymarzonej sceneria na rozmowę, która przyjemną być nie mogła. Przynajmniej ludzie, jeśli jacyś się pojawią, będą mieć atrakcję, bo akustyka w takich wnętrzach bywa naprawdę niezła. W Willi Decjusza chyba też taka była, o czym świadczyć mogły późniejsze na poły zażenowane, na poły współczujące spojrzenia kelnera, gdy przynosił menu, a potem zamówiony Krem z borowików z kurkami oraz płatkami migdałów, Camembert zapiekany w szynce parmeńskiej podany na gruszce oraz Polędwiczki z dzika w sosie czekoladowo-balsamicznym. Zamówienie, trzeba przyznać, dość nietypowe jak dla dwóch osób, szczególnie, kiedy dzika zamawia ta, która ponoć od mięsa stroniła. Co tylko potwierdza, że człowiek kobiety nigdy nie zrozumie. Dla niej była także zupa, którą jednak po kilku nawrotach łyżki odstawiła z niesmakiem. Też w sumie nie wiadomo czemu. Krem był przecież aromatyczny i przyjemnie gęsty. Kurek była uczciwa ilość, a migdałowe płatki miło chrupały pod zębami. Co prawda ostatnie dwa dodatki do smaku wiele zdały się nie wnosić, tym niemniej zupa nie zasłużyła sobie na tak pogardliwe traktowanie (nie tylko ona zresztą - przyp. męsko solidarnego red.) i wstyd byłoby pozwolić jej pójść na zatracenie i się nią nie zaopiekować. Opieki i przygarnięcia nie potrzebował dzik, z którym kobieta szybko wspólny język znalazła (zresztą nie ma w tym nic dziwnego, dzik, jak powszechnie wiadomo, jest dziki, dzik jest też zły, czyli dokładnie taki, jak ta konkretna kobieta... jak również wiele innych poza nią - przyp. znającego życie aż za dobrze red.). Byłaby go całego i to niemałego bez zająknięcia pochłonęła, gdyby nie wyprawa do toalety - czy to z fizjologicznej konieczności, czy też kobiecej fanaberii. W każdym razie pozwoliło to uszczknąć kawałek dziczej polędwiczki, a w konsekwencji zrozumieć tak szybkie ich pochłanianie. Mięso zostało przygotowane do konsumpcji bardzo dobrze, było miękkie i soczyste, zachowało też charakterystyczny dla dziczyzny smak. Sos natomiast, był już kwestią bardzo indywidualną. Połączenie czekolady, nawet jeśli zaakcentowanej delikatnie, z mięsem i to jeszcze dzikim, do gustu przypaść mógł, ale wcale nie musiał. Dalsze dywagacje i pobranie kolejnych próbek przerwał powrót z toalety, po którym reszta dzika szybko została pożarta i tylko ciarki przechodziły po plecach, gdy pomyślało się, iż był czas, kiedy te usta gnieżdżące teraz stado krwiożerczych bestii (chodzi jak można się domyślić, o zęby - przyp. równie co autor, zatrwożonego red.), dopuszczane były w miejsca, gdzie wyrządzić mogły niepowetowane szkody. Camembert wyglądał natomiast bardzo blado i zwyczajnie. Nawet na innym tle wyróżnić mógłby się chyba tylko ceną (przyznać trzeba, że 32 zł za dość zwyczajną przystawkę, to dużo - przyp. oszczędnego - nie mylić ze skąpym - red.). Podany został o moment za późno, bo zatracił bezpowrotnie idealną, niemal płynną konsystencję i temperaturę. Szynka była miłym dodatkiem, ale diametralnie obrazu potrawy nie zmieniła, tak jak i najlepsza „tapeta” niezbyt urodziwego lica nie odmieni. Mimo to całość nie była zła, nawet całkiem dobra, co z tego, skoro niewspółmiernie droga. Gdybyż jednak słona zapłata w dosłownym tego słowa znaczeniu była największym problemem, byłby to problem błahy. Niestety słona zapłata za naiwność i sentymenty wobec płci pięknej okazała dużo dotkliwsza i pozbawiła wszelkiej radości z wizyty, która w normalnych warunkach i towarzystwie, mogłaby być całkiem udaną. Podziel się ze znajomymi: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Dołącz do nas na Facebooku: Aleks Tagi: restauracja, Villa_Decius, Willa_Decjusza, camembert, krem_borowikowy, dzik, dziczyzna | Autor: Aleks
Polecamy: Popularne tagi: restauracja, kaczka, zniżka, Wine_Garage, pierogi, wino, rabat, konkurs, francuska, tajska, japońska, Edo_Fusion, pizza, wołowina, kurczak, szpinak, Michelin, krewetki, Scandale_Royal, curry |